Dzień siedemnasty

Pobudka ok. 6.00, nerwówka przedwyjazdowa. Znowu nie jemy śniadania.

Zwinęliśmy się sprawnie do hotelowego busa, który w kilkanaście minut zawiózł nas na lotnisko. Bez przygód i sensacji opuszczamy Tajlandię. Świetny wyjazd, fajny wypoczynek, znakomicie spędzony wspólnie czas. Tajlandia chyba nigdy nam się nie znudzi.

Dzień szesnasty

Śniadania nie jemy, za duże ryzyko jeść to śniadanie przed podróżą.

Kierowca spóźnił się, po czym długo nie ruszał i konwersował przez telefon. Jak się domyśliliśmy, coś nie zostało dogadane. Efekt taki, że spóźniliśmy się na prom i straciliśmy godzinę czekając na następny. W przerwie odwiedziliśmy toaletę (katastrofa), kawka, bułeczki.

Prom nabity, ale podróż upłynęła miło. Rzeczy zostały w aucie, komfort z tym związany nie do przecenienia.

Droga do Bangkoku w zasadzie bez historii. Zdecydowaliśmy się na jeden postój. Okazał się o tyle szczęśliwy, bo Zosia skorzystała z niego i pozbyła się treści żołądka chwilę po opuszczeniu auta. Wypiliśmy kawę, kupiliśmy paczki z suszonymi owocami do Polski i do wozu.

Dobrze że kupiłem kartę do telefonu, ponieważ dzięki niej śledziłem trasę, którą poruszał się kierowca. Wszystko było dobrze w drodze do Bangkoku, w samym mieście człowiek wybrał chyba inny hotel i gdyby nie moja interwencja jeździlibyśmy godzinami po centrum Bangkoku. Straciliśmy co najmniej godzinę, żeby znaleźć właściwy hotel.

Hotel w znakomitej lokalizacji, skromny, ale z basenem w którym zakochały się dzieci i spędziły tam cały ostatni wieczór w Tajlandii.

 

Dzień piętnasty

Definitywnie śniadania wszystkim zbrzydły i nie poszedł na nie nikt.

To ostatni dzień na Koh Chang, więc wyruszyliśmy busem 10.00. Czekają nas zakupy  (głównie prezenty), plażing, masaże, jakieś posiłki, przemyślenia, kąpanie się w morzu, czytanie, więc czasu na to potrzebujemy sporo, planujemy wrócić 20.20.

Znowu zajęliśmy nasze urocze miejsce pod drzewem (ja trochę pomiędzy liśćmi, żeby mnie trochę słońce musnęło), żeby rozpocząć aktywnie dzień. Wobec takiego założenia ja sięgnąłem po książkę, Tamarka po olejki z protektorem 50 (ja sięgam najwyżej po 30). Trochę czytania, trochę wsłuchiwaliśmy się we wrzask Zosi, co jakiś czas kąsanej przez wielkie czerwone mrówki, oraz Ignacego/Różę któremu/której zadawał ból Róża/Ignacy. Po tak miło rozpoczętym przedpołudniu, nie chcąc odbierać dzieciom szansy na udaną zabawę,  chyłkiem udałem się na śniadanie. Zamówiłem wspaniałą latte na podwójnym espresso i dawno nie widzianą bagietkę z tuńczykiem. Wyobraźnia pracowała intensywnie i czułem już smak kawy, oraz dźwięk łamanej, kruchej bagietki. Dźwięk który dotarł do mnie, sprowadzając mnie na ziemię to był głos Zosi, która spytała – co jesz tatusiu? Otworzyłem oczy i zobaczyłem trójkę gotowych na wyżerkę dzieci. Czar spokojnego, przedpołudniowego brunchu przy relaksującej muzyce prysł szybciej niż mydlana bańka. Kobieta postawiła gorącą kanapkę na talerzyku przede mną. Sięgnąłem po nią, ale na talerzyku były już tylko okruchy.

Wróciłem pod drzewo, po tym jak udało mi się po czternastym zamówieniu dla dzieci zjeść coś z resztek na ich talerzach. Sięgnąłem po książkę i w tym samym czasie usłyszałem pytanie – tatusiu chodź się kąpać. Tego było za wiele. Wygoniłem Różę z Tamarą na zakupy, mając nadzieję że z resztą towarzystwa sobie łatwiej poradzę. Zwycięstwo było połowiczne, poczytałem niewiele, ale czasem miałem dłuższą chwilę, kiedy Zosia z wrzaskiem uciekała do morza przed przemierzającą plażowe piachy mrówką.

Potem dziewczyny wróciły z zakupów, a po prezentacji ich zakupów Róża zaciągnęła mnie do morza, na wygłupy, piłkę, nagrania GoPro. Ostatni dzień na wyspie, więc nie opierałem się zbytnio.

Słońce zeszło już dość nisko. To był piękny widok kiedy ok. 17.00 postanowiliśmy pójść z Ignacym na masaż. Z Ignacym postanowiliśmy, co oznaczało, że idziemy również z Zosią. Masaż znakomity, chyba najlepszy podczas tego wyjazdu. Dzieci po 10 minutach usnęły marnując niezwykłe doznania i moje 400 Bhatów na ich masaż (45 pln).

Po masażu poszliśmy na kolację w to samo miejsce co wczoraj. To był dobry wybór, posiłek był jeszcze lepszy. Red snaper, morning glory, zestaw dwóch rodzajów małż, krewetki, wszystko z grilla, oraz gotowane małże dla Róży. Zastosowaliśmy taktykę spalonej ziemi. Nie zostawiliśmy nic. Talerze na których została choćby kropla sosu bądź oliwy zostały oczyszczone do sucha ryżem, który trafiał natychmiast do naszych ust. Kapela która grała „do kotleta” została sowicie nagrodzona tipami przez dzieci.

20.30 przyjechał bus, zapakowaliśmy się żwawo i ruszyliśmy do hotelu. Jutro wyprowadzka, taxi przyjeżdża pod hotel 9.00 i czeka nas długa podróż do Bangkoku.

Dzień czternasty

Nie spieszyło się nikomu ani na śniadanie, ani do hotelowego busa. Niektóre elementy śniadania zjadłem już tylko ja, Ignacy i Zosia. Na te śniadania jemy coraz mniej, bo to tragiczna nuda jeść ciągle to samo.

Na busa się znacząco spóźniliśmy, więc taxi stopem pojechaliśmy wprost do Kai Bei, gdzie słonie kąpią się w morzu. Dotarliśmy tam ok. 12.00. Było wyjątkowo gorąco, więc oglądanie małego słonia kąpiącego się, pływającego przy brzegu było urocze i odświeżające. Jednak cyrk w postaci 30 minutowej szopki, tresowanie słonia ku uciesze gawiedzi podobało się nam znacznie mniej. Oznaczało to, że nawet jeżeli braliśmy pod uwagę jazdę na słoniu, bądź kąpiel z nim w morzu (szczególnie Róża), to szybko z tego zrezygnowaliśmy.

Pobliska restauracja okazała się dla nas miejscem wytchnienia, uzupełniliśmy płyny, niektórzy zdecydowali się na pierwsze, niektórzy na drugie śniadanie. Gdy nabraliśmy sił wyruszyliśmy na poszukiwanie akcesoriów, które upatrzył sobie, już jakiś czas temu Ignacy. Po spenetrowaniu straganów w Kai Bei Ignacy stwierdził, że trzeba pojechać na Lonely Beach, bo tutaj nie ma takiego portfelika-torebki jak był tam, choć jeden spełniał wysokie kryteria mojego syna. Cóż było robić, złapaliśmy taksówkę i udaliśmy się na dalsze poszukiwania. Dojechawszy do Lonely Beach okazało się, że sklep jest otwierany dopiero wieczorem. Korzystając z okazji kupiliśmy w dobrej cenie nieduży plecak, matę na ziemię, napiliśmy się, złapaliśmy taksówkę i wróciliśmy do Kai Bei. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Pani, która sprzedawała torebki i w „dobrej cenie” kupiłem Ignacemu akceptowalne akcesorium młodego mężczyzny – kowboja. Następnie skierowaliśmy się do restauracji po resztę, gdzie Róża ćwiczyła z Tamarą angielski.

Złapaliśmy taksówkę, pojechaliśmy na White Sand Beach, ale z Ignacym wysiedliśmy wcześniej, żeby znaleźć odpowiednią bransoletkę i załatwić transport do Bangkoku. Wszystko zakończyło się pomyślnie i ok. 16.00 trafiliśmy w „nasze” miejsce na plaży. Rozłożyliśmy się z tobołami, żeby po chwili wylądować w morzu i znowu bawić się w koniki, pieski i inną menażerię.

Na plaży byliśmy niemal do 19.00, Tamara z Różą i Zosią przed 18.00 poszły na masaż i kiedy wróciły zwinęliśmy się do restauracji na kolację.

Kolację zjedliśmy znakomitą w najbliższej restauracji. Red snaper z grilla, morning glory, dzieci zamówiły małże z grilla i gotowane, a do tego krewetki. Wyśmienita kolacja. Nie skorzystał z niej jedynie Ignacy, który od rana mówił, że mu niedobrze i nie chciał nic jeść.

Wróciliśmy do hotelu busem 20.20 i tu czekała nas niespodzianka. W kompleksie turystycznym, w domu obok pojawili się ludzie. Nie będziemy już sami.

A jeszcze jedno ,Daniel powiedział, że domek w którym mieszkamy to miejsce gdzie mieszka właścicielka Resortu jak przyjeżdża wypoczywać.

 

Dzień trzynasty

Te śniadania to już nam bokiem wychodzą. Marzę o ciemnym pieczywie, białym serze i jakimś domowym dżemie. Przełknęliśmy to samo co zwykle, ale przychodzi nam to z coraz większym bólem  .

Zebraliśmy się na shuttle bus na 10.00. Na plaży, tak wcześnie było jeszcze niewiele osób. Pożyczyliśmy leżaki, przygotowaliśmy bazę relaksową i zostawiliśmy z Różą wszystkich i udaliśmy się na rekonesans przedzakupowy, czyli research rynku. Róża wybrała sobie fajny plecak, ale jeszcze się nad tym zakupem zastanowimy. Wróciliśmy na plażę i poszliśmy do morza, wszyscy poza Tamarką. Wygłupom, zabawom nie było końca, po czym zmieniliśmy się i ja poszedłem czytać, a Tamarka wzięła udział we wściekliźnie morskiej. Kiedy już wszyscy początkowo wymordowani doszli do siebie, ubrania wyschły i zrobiła się 16.00 zawinęliśmy się z plaży i Tamarka, Ignacy, Zosia, poszli na masaż, a ja z Różą poszliśmy zrealizować upatrzony zakup. Po kupnie plecaka, obok sklepu zaczęli rozstawiać stragany domorośli restauratorzy. Skorzystaliśmy z okazji i zamówiliśmy Pad Thai i pani go nam przygotowała, do tego dokupiliśmy owoce, napoje i udaliśmy się na piknik na plażę. Tam rozłożyliśmy sarong i przy zachodzącym słońcu, w romantycznej atmosferze zjedliśmy kolację.

Spotkaliśmy się wszyscy przy 7/11, wsieliśmy w naszego shuttle bus i udaliśmy się do hotelu. Wszyscy przystąpili do wieczornych rytuałów, a ja ogarnąłem się nieco i poszedłem na spotkanie z rekomendowanym przez Miłego Polakiem – mieszkańcem wyspy. Jak się okazało poszedłem z Różą.  Spotkanie było ciekawe, człowiek miał sporo do powiedzenia w kwestiach życia w Tajlandii, na Koh Chang, nurkowania, swojej pracy jako agent turystyczny. Róża zasłuchała się i w zasadzie zdecydowała się na zrobienie kursu nurkowego u Daniela. Po 1.5 godzinie wróciliśmy do siebie.

Jutro nie zapowiada się nic spektakularnego, ale mam w planach poświęcić tym razem więcej czasu (pieniędzy ;-)) Ignacemu.

 

 

 

 

Dzień dwunasty

Nasze oczekiwania wobec porannego posiłku były mniejsze niż okazało się w rzeczywistości. Szynka, parówki, jajka, owoce, tosty, to nie szczyt kulinarnej finezji, ale nawet tego nie spodziewaliśmy się.

Noc upłynęła spokojnie, pomimo że Róża z Tamarą od niechcenia, co jakiś czas, głośno zastanawiały się nad powodami dla których nie ma w tym gigantycznym kompleksie hotelowym, ŻADNYCH osób poza nami, skoro jest szczyt sezonu i wszystkie miejsca w okolicy są zajęte.

Przedpołudnie, to sumienne uzupełnianie lekcji przez dzieci, oraz moje lenistwo przeplatane męczeniem Zosi.

Ponieważ wczoraj wróciliśmy taksówką na nasz koszt zmusiliśmy recepcjonistę (Ignacy – nie krzycz dzisiaj tato na tego Pana), żeby zawiózł nas na plażę poza rozkładem jazdy. Po dotarciu na miejsce, nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji na obiad. Nasz wybór padł na restaurację hinduską. Dzieci znając tę kuchnię, czuły się jak ryba w wodzie, zamawiali jak natchnieni. Jedzenie można ocenić jako niezłe, ale do Baru Nikola to się nie umywa.

Po posiłku zameldowaliśmy się na plaży, tam dzieci się wściekały, ganiały, graliśmy w piłkę, oglądaliśmy zachód słońca, kąpaliśmy się w morzu, czyli żadnych sensacji, rodzinny pobyt nad ciepłym morzem, na pięknej piaszczystej plaży. Świetny czas.

Po plaży Tamarkę, Różę i Zosię zapakowaliśmy (tym razem był) do hotelowego busa i z Ignacym oddaliśmy się w ręce ponętnych kobiet, Ignaś zażyczył sobie oil masaż, a ja zostałem zakwalifikowany przez Panią masażystkę po popołudniowym pobycie na słońcu na aloe vera thai masaż. Oddałem się jej bez protestu.

Po masażu trafiliśmy do kowbojskiego baru, Ignacy wypił jak na kowboja przystało sok jabłkowy, ja Singę i ruszyliśmy do hotelowego busa.

Wieczór spokojny, bez wybuchów, spędziliśmy w spokoju. Jutro też zapowiada się spokojny dzień. Czy tak ma być już do końca?

Dzień jedenasty

Miało być miło i przyjemnie, a zaczęło się dość niepokojąco. Przed 7.00 obudziły mnie hałas, szum i harmider. Na zewnątrz szalała wichura, obsługa sprzątała połamane gałęzie, na razie nie sprzątała złamanej palmy. Morze obijało betonowe nabrzeże i wdzierało się coraz dalej na hotelowe trawniki. Od czasu do czasu dał się słyszeć łomot spadających kokosów na dachówki bungalowów. Wypływamy z wyspy za 5 dni, ciekawe czy do tego czasu się uspokoi, bo trudno sobie wyobrazić kursujący prom przy takiej pogodzie.

Dzieci dręczyły o hamak, więc cóż robić, ponieważ i mi się pomysł podobał, wybraliśmy się z Róźką dokonać zakupu. Wróciliśmy po chwili, bo altana jeszcze nie funkcjonuje, ale albo pójdziemy tam ponownie, niebawem, albo kupimy hamak gdzie indziej, bo decyzja o zakupie definitywnie zapadła.

Trochę czytania przed check outem, pakowanie i łapanie stopa/taxi do nowego miejsca naszego pobytu, hotel o kusząco brzmiącej nazwie Grand Orchid Resort & Spa. Korzystając że szliśmy na stopa na główną drogę, nie omieszkaliśmy z Różą i Ignacym zajrzeć do altany. Ku naszej radości człowiek już zwlókł się z wyra i przystąpił do wytężonej pracy, czyli siedzenia w altanie i kontemplowaniu, które urozmaicał tępym patrzeniem w przestrzeń przed siebie.  O negocjacjach nie było mowy, bo człowiek raczej nie mówił, stanowiło to dla niego zbyt duży wysiłek. Nadludzkim wysiłkiem otworzył skrzynkę, żebyśmy mogli wybrać kolor spadochronu z którego został wykonany hamak. Resztkami sił upchał 1200 bhatów w kieszeni i słaniając się na nogach miękkich jak z waty zasiadł na fotelu roboczym. Pożegnaliśmy się uprzejmie i udaliśmy się walczyć o pickupa.

Złapanie taksówki zabrało nam mniej czasu niż wydukanie przez sprzedawcę ceny za hamak. Zjechaliśmy pod hotel pickupem, zapakowaliśmy, jak zwykle bagaże na dach i ostatecznie, już raczej, pożegnaliśmy się z naszym hotelem. Po 30 minutowej jeździe nabitym ludźmi pickupem dotarliśmy do krainy wiecznej szczęśliwości, czyli luksusowego miejsca, raju dla ciała i ducha.

Hotel na pierwszy rzut oka wydał się interesujący, balijskie ornamenty, miły dźwięk płynącej wody (perforacja szlaucha, czy brak uszczelki w hydrancie?), sympatyczny młody recepcjonista. Na oko wszystko ok, nawet niewielka liczba osób kręcących się po terenie upatrywaliśmy jako pozytyw.

Recepcjonista żwawym krokiem zaprosił nas na teren hotelu i pewnym krokiem dobrego gospodarza prowadził w kierunku Family Bungalow. Dreszcz emocji towarzyszył mi całą drogę do pokoju. Niepewność z rozbuchanym, hedonistycznym oczekiwaniem na odrobinę luksusu w którym całkiem śmiało będę się pławił już niebawem nie pozwalała myśleć o niczym innym. Droga wiła się w nieskończoność, mijaliśmy kolejne domki, pokoje, bungalowy, gabinet masażu, salę karaoke, bilard, dwa baseny. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Bungalow, którego drzwi otwierał recepcjonista, sprawiał wrażenie domku baby Jagi. Był niski, wyglądał trochę jak komórka, a sąsiadujące dokładnie za ścianą wysypisko hotelowych odpadów odebrałoby temu budyneczkowi resztki uroku, gdyby go oczywiście miał. Dzieci były zachwycone. W środku wbrew wrażeniom z zewnątrz było sporo przestrzeni i trzy podwójne łóżka, dwie łazienki i toaleta. Tak szybko jak zaczynałem się pławić w tym luksusie i radować ogromnymi przestrzeniami, tak szybko skończyłem. Domek był nieco ponury, nieświeży, przybrudzony, pościel można byłoby znaleźć brudniejszą na jakiejś niedalekiej budowie, ale Róża uznała, jednak że powinna być prana skoro są na niej ślady po dwóch rozlanych kawach.

Wszyscy cieszyli się nowym lokum nie zważając nadmiernie na to, że będziemy mieszkali ze ślimakiem, że sufit w łazience nie jest do końca szczelny, bo papiery którymi był uszczelniony uległy już pewnej erozji i na inne drobne niedociągnięcia w zakresie sztuki budowlanej i elementarnej higieny. Ja chyłkiem wycofałem się zwymiotować z obrzydzenia za stojącym nieopodal barakiem, po czym udałem się na przechadzkę po uroczym terenie Resortu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spacerując pomiędzy zatęchłymi ruderami, walącymi się, butwiejącymi bungalowami Resortu natknąłem się na domek z innej bajki. Na górce zerkając na całą okolicę stał, kompletnie nie pasujący ani architekturą, ani urodą, niemal nowy dom/apartament. Wyglądał jak domek właściciela, który od czasu do czasu obserwuje z góry, jak goście jego pensjonatu wybiegają z wilgotnych pokoi, żeby nabrać powietrza i przewietrzyć płuca pełne grzybiczych wyziewów z od dawna nie czyszczonej klimatyzacji.

Udałem się do recepcji po człowieka i zaprowadziłem go do domku pytając, czy nie byłby uprzejmy go udostępnić mojej rodzinie. Mi osobiście nie zależy na nim, ale dzieci wolałyby spać pod szczelniejszym dachem. Człowiek po konsultacji stwierdził, że za 20 minut domek będzie gotowy… . Po 20 minutach przewiozłem walizki, zostawiwszy resztę grającą w jakieś gry i zachwycającą się głęboko ukrytymi urokami niedoszłego miejsca noclegowego. Kiedy wróciłem po towarzystwo, aby oceniło nowe miejsce, wszyscy z niechęcią poszli za mną, nie wierząc że może ich spotkać coś lepszego niż ta sporych rozmiarów komórka. 

Skromy domek okazał się solidnym apartamentem z salonem, dwiema sypialniami, kuchnią, dwiema łazienkami i dwoma tarasami. Dzieci piszczały otwierając kolejne drzwi, nie wierząc własnym oczom, że mogą mieć jeszcze więcej przestrzeni do bójek, wojen i ucieczek, Tamarka zaś już podchodząc do domku wiedziała, że może się spodziewać miejsca nie do końca zwykłego.

Kończąc temat hotelu, ciągle zastanawiamy się, dlaczego w tak ogromnym obiekcie z masą pokoi, domków, bungalowów, poza nami tutaj nie mieszka nikt… .

Hotel zapewnia shuttle bus, który w określonych godzinach kursuje do White Sand Beach i z powrotem. Ponieważ jesteśmy jedynymi gośćmi, kursuje jedynie dla nas. Skorzystaliśmy z pierwszego kursu o 14.00 i ruszyliśmy na plażę. Spędziliśmy spokojny, fajny czas do samego zachodu słońca, bawiąc się, czytając, relaksując się na niezbyt zatłoczonej plaży. Kiedy zbliżał się czas na bus, zrobiliśmy zakupy i stojąc pod 7/11 oczekiwaliśmy na hotelowy transport. Nie budując negatywnej atmosfery, zakończę tę kwestię tym, że nikt nie przyjechał, telefon do hotelu był wyłączony i wróciliśmy taksówką.

Nie mówiłem głośno. Nie denerwowałem się rozmawiając z nim. Spokojnie wyjaśniłem zaistniały kłopot. Recepcjonista wysłuchawszy mojej opowieści o mocno nieudanej przygodzie komunikacyjnej  złożył ręce jak do modlitwy, pochylał się i przepraszał wielokrotnie. I tylko Ignaś powiedział na koniec, tatusiu szkoda mi tego Pana.

W naszej rezydencji urządziliśmy sobie wieczór cholesterolowo – cukrzycowy , jedliśmy chipsy, herbatniki, mentosy i cały syf (ze spontanicznym umiarem ;-)) jaki dało się kupić w 7/11. Nie wiem z czego wynikało zachowanie dzieci, ale pomimo że syficznego jedzenia wbrew pozorom, nie było dużo, to ani wszystkiego nie zjedliśmy, ani nikt na nie nie rzucał się bez opamiętania, została zachowana godność i sporo rzeczy na drugi dzień zakitrane gdzieś w szafkach.

Jutro też nie zrobimy niczego spektakularnego, będziemy się lenić.

Dzień dziesiąty

Dziesiąty dzień, hmm szybko zleciało.

Śniadanie zjedzone w spokoju. Po śniadaniu dzieci zabrały się za nadrabianie lekcji, oba miejsca służą pracy w skupieniu. Róża walczy z matematyką nad samym morzem, Ignacy w altanie z widokiem na palmy, hamaki i morze.

Po lekcjach nastał czas na basen, ta rozrywka nigdy się nie nudzi. W basenie dzieci bawiły się wyjątkowo długo, dzięki czemu była chwila na poczytanie.

Po basenie ruszyliśmy piechotą do najbliższej wioski, coś przetrącić. Zjedliśmy w maleńkiej rodzinnej restauracyjce, której standard trudno nazwać choćby skromnym. Dzieci bez opamiętania jadły satay z kurczakiem z ostrym orzechowym sosem. Domawialiśmy je kilkakrotnie, sądzę że zjedliśmy ich ze 30. Do tego była zupa i pad thai. Po posiłku kilka kroków dalej była kawiarenka w której w drodze wyjątku zamówiliśmy meksykańskie nachos z salsą i kawę.

Wracając do hotelu kolejny raz zajrzeliśmy do altany w której człowiek sprzedawał hamaki. Zachwycaliśmy się nimi, siadaliśmy na nich i apetyt na taki hamak nam mocno wzrósł, coś myślę, że go niebawem nabędziemy.

Po powrocie do hotelu, mycie, Winnetou, pogaduchy przy burbonie.

Jutro po raz drugi opuszczamy hotel Bailan Beach Resort.

Dzień dziewiąty

Nikt nie liczy na nic sensacyjnego dzisiaj. Ma być relaks.

Śniadanie bez historii, dzieci nie raniły się ni słowem, ni czynem.

Po śniadaniu basen, potem basen, na koniec basen.

Po basenie wszyscy wybraliśmy się na przechadzkę do siedliska okolicznych sklepików i restauracji. Po posiłku w towarzystwie Róży i Ignacego zamierzamy wyruszyć na zakupy do Bang Bao, czyli rybackiej wioski na południu. Posiłek zjedliśmy w bardzo skromnej restauracji przy drodze. Zachęciła nas przyjazna atmosfera w połączeniu ze sporą liczbą klientów. Jak się okazało wybór był trafny. Propozycji z menu było więcej niż w większości miejsc dotychczas. Skorzystaliśmy z propozycji mniej standardowych, Tamarka zjadła klarowną zupę z dużą ilością warzyw i owoców morza (dzieci bezlitośnie pożarły matce całą ośmiornicę), a ja makaron z tofu.

Po posiłku, zgodnie z planem urwaliśmy się na zakupy. Najpierw przeszliśmy całą wioskę, żeby sprawdzić jakie atrakcje są tu oferowane (sprawdziliśmy jakość sprzedawanych hamaków), aby później złapać pickupa. Pickup ponownie przywiózł nas do Bang Bao, ale dzisiaj było tam wyjątkowo spokojnie, więc leniwie snując się pomiędzy straganami wypatrywaliśmy na nich atrakcji. Ignaś zwariował na punkcie rzeczy wojskowych i policyjnych, więc na pierwszy, nomem omen, ogień poszedł drewniany pistolet strzelający gumkami, a następnie US Army czapka z daszkiem. Róża zdecydowała się na ładny, zdobiony materiałem zeszyt dla siebie i dla koleżanki Kasi, drugiej koleżance jako pamiątkę kupiła kolczyki. Dla Zosi kupiliśmy burgundową, wzorzystą sukienkę, dla Tamarki zwiewną białą koszulę. Posiedzieliśmy trochę przy piwku i coli w kawiarni z widokiem na zatokę, a następnie udaliśmy się w pełnej beztrosce na spacer do latarni morskiej, popatrzyliśmy jak kobieta fachowo łowi ryby, pooglądaliśmy statki wycieczkowe, kutry rybackie, nacieszyliśmy oko zachodzącym słońcem. Nastał czas powrotu, kupiliśmy owoce, próbując uprzednio każdego i zamiast wsiadać do taksówki, znowu dzieci dopadły Pana od roti i zamówiły jednego z bananami, drugiego z mango. Umazali się po pachy, ale paszcze uradowane, więc musiało smakować (spróbowałem i wszystko jasne). Kupiliśmy wodę, dzieci się umyły, napiły i poszliśmy czekać na taxi na „specjalnym” przystanku. Po 10 minutach znudziło nam się i poszliśmy do głównej drogi łapać stopa. W ciemnościach sprawnie przemykaliśmy się pomiędzy skuterami i autami i po chwili dotarliśmy do głównej drogi wyspy. Długo nie czekając złapaliśmy taksówkę z Niemką, która błyskotliwie spytała, czy jesteśmy w Warschau (miałem koszulkę z napisem Legia Warszawa). Po chwili byliśmy na miejscu. W hotelu Tamarka z padającą już na twarz Zosią jadła sobie Tom Yam, posiedzieliśmy chwilę ciesząc się zakupami.

Po wieczornych działaniach higienicznych Tamarka czytała Winnetou, wszyscy byli zasłuchani, Ignacy przysypiając w nowej czapce trzymał w ręku nowy pistolet.

 

Dzień ósmy

Ostatni dzień z łóżka obserwujemy spokojną zatokę/marinę/restaurację/hotel. Leniwie zbieramy się do opuszczenia wyjątkowego miejsca. Miejsca któremu daleko do znakomitych resortów (nic nie ujmując proponowanym pokojom), miejsca w którym czas płynął powoli nie zmuszając do koniecznych aktywności. Chcemy tu wrócić, tak jak chcemy wrócić na Tioman Island, Railey, etc..  To jest miejsce, gdzie czuliśmy się dobrze.

Śniadanie, planowanie powrotu (opcja łódź odpadła ze względu na dużą ilość bagażu i ludzi, przy sporym wietrze), pakowanie. Boss doradził, żeby wziąć pickupa, który trzy razy dziennie pełni rolę komunikacji miejskiej i nim dostać się ponownie na drugą stronę wyspy za sensowne pieniądze.

O 12.00 zapakowaliśmy się na pickupa i ruszyliśmy w drogę powrotną. W dobrych humorach po ok. 60 minutach dotarliśmy ponownie do Bailan Beach Resort. Spędzimy tu kolejne 3 dni. Dzieci nie czekając długo przebrały się w stroje kąpielowe i pobiegły na basen.

Po basenie wyruszyliśmy w innym kierunku niż dotychczas, czyli zamiast jechać na Lonely Beach, bądź White Sand Beach, udaliśmy się na spacer w kierunku południowym. Jak się okazało, niedaleko jest „miasteczko” z restauracjami, sklepikami, masażami, czyli jest potencjał na jutrzejszy spacer. Tam też złapaliśmy pickupa do portu południowego, gdzie ponoć są znakomite restauracje, w otoczeniu klimatycznej wioski rybackiej.

Rady z przewodnika musiały być nieco nieaktualne, ponieważ miejsce jest rzeczywiście pełne restauracji, ale otoczonych masą straganów z tandetą obecną na wszystkich bazarach świata.

Jedliśmy w miejscu, które wybraliśmy ze względu na klimat, nie było to jednak nic wyjątkowego. Jedzenie bez historii, no może z wyjątkiem podanych małży, czyli muszelek wypełnionych małżami w towarzystwie warzyw, chilli, sosu. Ładnie podane i smaczne.

Kolacja bez względu na obfitość nie zniechęciła dzieci do zjedzenia roti. Róża standardowo zamówiła z bananem, Ignaś z mango. Ponieważ byliśmy tuż obok miejsca skąd ruszały taksówki, stwierdziliśmy, że odjeżdżamy pomimo że dzieci jedzą swoje roti. Miejsca na pickupie było niewiele, w zasadzie można powiedzieć, że towarzystwo wewnątrz rozsunęło się niechętnie, a ja z Zosią na kolanach siedziałem obok kierowcy (gdzie przepisy, gdzie fotelik?). Dojechaliśmy po kilku minutach, drzwi od kabiny otworzył Ignacy mówiąc „świetne te roti, naprawdę świetne”. Miał twarz umazaną w czekoladzie którą placek był polany. Na każdym wyboju, kiedy próbował jeść uderzał twarzą w placek i podobnie było z Różą.  Ale podobno było smaczne (choć przy Lonelu Beach były lepsze).

Wróciliśmy o 19.15, a dzieci niewiele myśląc, pomimo ciemności, poprzebierały się w „kostiumy” i ruszyły do basenu.

Kończy się dzień. Brak planu na jutro. Nie muszę od rana patrzeć na zegarek 🙂

PS. W poprzednim hotelu zostawiłem wszystkie koszule.