Dzień czwarty

Dzisiaj, dla urozmaicenia, wszyscy spali do 9.30. Zerwaliśmy się na śniadanie. Zaskakujące, że obyło się bez przemocy i obelg, wszyscy zgodnie zjedli śniadanie.

Po śniadaniu całe towarzystwo wsypało się do basenu, tam w relaksującej atmosferze Róża z Ignacym zadawali sobie ból, ja usiłowałem czytać książkę z przerwami opatrując rany. Dzieci znudzone bójkami stawiły się zgodnie w komplecie żądając pozwolenia pójścia na masaż. Z tymi masażami to chyba tu grubo popłynę.

Zosia miała masaż stóp (stópek), Róża masaż stóp, Ignacy jednoznacznie wybrał oil masaż. Po nich ja zdecydowałem się na scrub masaż, ale nigdy więcej na to się nie zdecyduję, ciągłe łaskotanie mi nie odpowiada.

Potem dzieci się okładały jeszcze chwilę w basenie i wyczerpane bólem i utratą sił w ciągłej walce zażyczyły sobie posiłek.

Posiłek przebiegł w przyjaznej atmosferze, pod rozłożystym drzewem osłaniającym nas od słońca tuż przy plaży. Po posiłku kawa i trochę hamakowania, Róża robiła matematykę, Ignacy jakieś zaległości z Tamarką.

Ogarnęliśmy się po basenie i wyruszyliśmy na najlepszą plażę na wyspie (White Sand Beach), oczywiście songatew złapanym przez Ignacego. Podróż trwała ponad pół godziny. Plaża w porządku, lepsza niż wczorajsza, ale nie jest to Bali, trochę taka jak na Tioman Island, ale ludzi więcej. Spędziliśmy tam miłe dwie godziny, zachód słońca, lenistwo, gonitwy dzieci, zabawy błotem.

Kolację zjedliśmy już przy ulicy w sporej restauracji tajskiej. We wszystkich było ludzi umiarkowanie dużo, bądź mało. W tej była rzeźnia i ludzi dosadzali do stolików zajętych. Oczywiście to miejsce było naszym wyborem. Róża zażyczyła sobie ananasa wypełnionego ryżem, ananasem, krewetkami, nerkowcami (wcześniej oczywiście banana roti z ulicy, wraz z Ignacym i Zosią), Ignacy wziął małże, Tamarka kurczaka w zielonym pieprzu (pieprz był na gałązkach), Zośka jakiś makaron, moje danie być może najlepsze jakie dotychczas jadłem podczas tego wyjazdu (krewetki z pieczoną pastą chilli). Tamarki i Ignacego również świetne, ale za to Róży najefektowniejsze. Po posiłku Ignacy z Różą po drugiej stronie ulicy wypatrzyli wyczekany passiflora shake, czyli napój z marakui, pycha.

Potem Róża poszła do fryzjera. Ot tak, stwierdziła że ma za długie włosy. Poszła, ale dobrze że poszła w towarzystwie Tamary, bo fryzjerka nie znała fachu, kilkakrotnie próbowała wyrównać włosy. Dobrze że włosy zostały na tyle długie, że można będzie gdzieś w lepszym miejscu coś z nich jeszcze zrobić.

Po „fryzjerze” ruszyliśmy znanym już środkiem lokomocji w drogę powrotną.

Kiedy miałem nadzieję, że dzieci pójdą spać, a ja w spokoju będę mógł sączyć Changa opisując dzisiejszy dzień, całe towarzystwo wtargnęło do baru i zapragnęło uczyć się gry w bilard. Partia początkujących mistrzów trwała ok. godziny, płótno zostawiliśmy całe, rany po walkach o białą bilę, która co jakiś czas wypadała z otworu stołu goją się w domowym (pokojowym) zaciszu, od jakiejś godziny.

Więcej sensacji nie było. Jutro kolejne atrakcje, nasz czas w tym hotelu dobiega końca w dobrym momencie, jutro pewnie byłoby już nudnawo, a tak jedziemy do nowego hotelu, w jeszcze bardziej ustronne i oddalone od cywilizacji miejsce na południu wyspy. Coś czuję, że po nim trzeba będzie chyba znaleźć hotel z irlandzkim pubem na dole i barem z „pielęgniarkami” (był taki nieopodal) po drugiej stronie ulicy.

 

 

Dzień trzeci

Nie wiedzieć czemu wszyscy zerwali się o 7.30. Chwilę później w komplecie zameldowaliśmy się na śniadaniu, chyba jako pierwsi. Jedząc śniadanie na brzegu morza, omiatani wspaniałą morską bryzą, porażeni wspaniałym widokiem roztaczającym się wokół nie uniknęliśmy żenującej awantury, która niemal zakończyła się przemocą domową.

Po śniadaniu w cudownych, jak się można domyślić, nastrojach udaliśmy się na basen, gdzie spędziliśmy czas do obiadu, nie licząc przerwy na godzinny masaż każdego z uczestników wyprawy.

Obiad tajski, bez specjalnej historii, potem kawa i… hamaking. Bujanko nad brzegiem najpierw złożyło do snu Zosię, potem w ślad za nią ruszyłem ja, nie bacząc, że dzieci znalazły sobie zabawę w tym, kto mocniej mnie rozhuśta.

Słodki bezwład trwał do 16.00, po czym ruszyliśmy „autostopem” do następnej z kolei plaży na północ. Dojście plażą jest niemożliwe ze względu na kamienisty brzeg. Ignacy złapał songtew i po 10 minutach dotarliśmy do skupiska restauracji i sklepów z rękodziełem wymieszanym z owocami pracy małych chińskich rączek. Tam wreszcie Róża znalazła banana pancake dokładnie takiego, o jakiego jej chodziło. Ściśle mówiąc ten pancake to roti, cieniutki placek, który po usmażeniu i złożeniu na cztery, przypomina nieco cienkie, francuskie ciastko z bananami.

Przeszliśmy od ulicy do plaży, która była „bez szału”, zastaliśmy jedynie obskurną knajpę na kamienistym brzegu. Żeby dojść do plaży piaszczystej należało wrócić do drogi, skierować się jeszcze dalej na północ i znowu odbić z drogi do plaży. Ćwiczenie to wykonaliśmy i dotarliśmy do plaży backpackersowej. Przeszliśmy ją całą, a na jej końcu postanowiliśmy zjeść kolację. Dwa white snappery, kalmar z warzywami z grilla na plaży, spełnił nasze oczekiwania. Tym razem, dzięki Bogu, nie zbliżyliśmy się nawet myślami do żadnej formy agresji, choćby słownej.

Wróciliśmy również songatew. Dzieci – wraki, poszły się myć, ja piszę, ale za długo to już nie dam rady.

 

 

 

Dzień drugi.

Jak wspominałem o 10.30 miała przyjechać taksówka, więc spaliśmy  z Róźką wspólnie do 8.13, aż zadzwonił budzik. Róźka powiedziała, że chrapałem, ale to nie prawda, bo bym przecież słyszał. Odwiedziny u sąsiadów (reszta wyprawy), pakowanie, 9.00 śniadanie. Taksówkarz już czekał!

Zapakowaliśmy się do taksówki i w drogę, drogę znacznie dłuższą niż się spodziewaliśmy. Ruszyliśmy o 10.30. W porcie byliśmy trochę po 16.00.

Prom ruszył 0 17.00, 45 minut fajnych widoków, wścieklizny dzieci i dotarliśmy do wyspy na której widać tylko tropikalny las.

Załadowaliśmy się do songatew (pickup) z koreańczykami i w drogę do hotelu. Niecała godzinka i dotarliśmy. Fajne, spokojne miejsce w porównaniu z tym co widzieliśmy po drodze. Kolacja (Róża drugi dzień nie ma szczęścia żeby zamówić odpowiedni banana pancake-brak bananów) pad thai, zupa, placki z mango. Daliśmy radę, jeszcze o czasie wskoczyć do basenu z Ignasiem i Różą (Zośka była dwa dni temu w gorączce, więc na razie musi odpuścić).

A teraz w towarzystwie Jima (Beama) czytam maile i piszę tu głupoty, które potem będę wielokrotnie poprawiał ;-).

Zdjęć na razie brak. Nic nie zrzucałem jeszcze.

Pierwszy dzień w Tajlandii

Na naszą wyprawę wyruszyliśmy we środę ok 13.00. Lot do Moskwy, w Moskwie dwie godziny, a potem już cała noc w samolocie do Bangkoku. Dzieci zachwycone, większość czasu spędziły na oglądaniu filmów. Spaliśmy bardzo krótko, więc po wylądowaniu podjęliśmy próby szybkiego opuszczenia lotniska, żeby trafić do hotelu. Opuszczenie lotniska przebiegło dosyć sprawnie, wykorzystywaliśmy stanowiska paszportowe uprzywilejowane z racji dużej liczby dzieci :-). Walizki odnalazły się szybko, więc po negocjacjach z taksówkarzem po pół godzinie byliśmy w hotelu (z taksówkarzem serwującym filmy dzieciom szybko doszliśmy do porozumienia w kwestii dojazdu w dniu następnym na wschód Tajlandii). W hotelu małe rozczarowanie, ponieważ pokoje miały być dla nas gotowe od 14.00, co oznaczało 3 godziny czekania. Nie chcąc spędzić 3 godzin w lobby udaliśmy się do pobliskiej galerii handlowej na śniadanie. Dzieci zjadły pad taj, zupy tajskie, smażony ryż, więc raczej zastosowały dietę lokalną.

Po otrzymaniu kluczy ogólna zwałka. Spaliśmy do 18.00.

O 19.00 wypad na miasto, restauracja tajska, dania tajskie, czyli fascynacja lokalnym jedzeniem. Potem kawiarnia z deserami lokalnymi – mus kokosowy, soki z owoców bliżej nieznanych.

Piwko na foodtrackowni podsumowało nasze wyjście na miasto. Róża niespełniona kulinarnie cały czas mówi o banana pancake.

Jutro taxi zabiera nas 0 10.30 na Koh Chang, a ściśle do portu z którego tam mamy nadzieję trafić.