Dzień czternasty

Nie spieszyło się nikomu ani na śniadanie, ani do hotelowego busa. Niektóre elementy śniadania zjadłem już tylko ja, Ignacy i Zosia. Na te śniadania jemy coraz mniej, bo to tragiczna nuda jeść ciągle to samo.

Na busa się znacząco spóźniliśmy, więc taxi stopem pojechaliśmy wprost do Kai Bei, gdzie słonie kąpią się w morzu. Dotarliśmy tam ok. 12.00. Było wyjątkowo gorąco, więc oglądanie małego słonia kąpiącego się, pływającego przy brzegu było urocze i odświeżające. Jednak cyrk w postaci 30 minutowej szopki, tresowanie słonia ku uciesze gawiedzi podobało się nam znacznie mniej. Oznaczało to, że nawet jeżeli braliśmy pod uwagę jazdę na słoniu, bądź kąpiel z nim w morzu (szczególnie Róża), to szybko z tego zrezygnowaliśmy.

Pobliska restauracja okazała się dla nas miejscem wytchnienia, uzupełniliśmy płyny, niektórzy zdecydowali się na pierwsze, niektórzy na drugie śniadanie. Gdy nabraliśmy sił wyruszyliśmy na poszukiwanie akcesoriów, które upatrzył sobie, już jakiś czas temu Ignacy. Po spenetrowaniu straganów w Kai Bei Ignacy stwierdził, że trzeba pojechać na Lonely Beach, bo tutaj nie ma takiego portfelika-torebki jak był tam, choć jeden spełniał wysokie kryteria mojego syna. Cóż było robić, złapaliśmy taksówkę i udaliśmy się na dalsze poszukiwania. Dojechawszy do Lonely Beach okazało się, że sklep jest otwierany dopiero wieczorem. Korzystając z okazji kupiliśmy w dobrej cenie nieduży plecak, matę na ziemię, napiliśmy się, złapaliśmy taksówkę i wróciliśmy do Kai Bei. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Pani, która sprzedawała torebki i w „dobrej cenie” kupiłem Ignacemu akceptowalne akcesorium młodego mężczyzny – kowboja. Następnie skierowaliśmy się do restauracji po resztę, gdzie Róża ćwiczyła z Tamarą angielski.

Złapaliśmy taksówkę, pojechaliśmy na White Sand Beach, ale z Ignacym wysiedliśmy wcześniej, żeby znaleźć odpowiednią bransoletkę i załatwić transport do Bangkoku. Wszystko zakończyło się pomyślnie i ok. 16.00 trafiliśmy w „nasze” miejsce na plaży. Rozłożyliśmy się z tobołami, żeby po chwili wylądować w morzu i znowu bawić się w koniki, pieski i inną menażerię.

Na plaży byliśmy niemal do 19.00, Tamara z Różą i Zosią przed 18.00 poszły na masaż i kiedy wróciły zwinęliśmy się do restauracji na kolację.

Kolację zjedliśmy znakomitą w najbliższej restauracji. Red snaper z grilla, morning glory, dzieci zamówiły małże z grilla i gotowane, a do tego krewetki. Wyśmienita kolacja. Nie skorzystał z niej jedynie Ignacy, który od rana mówił, że mu niedobrze i nie chciał nic jeść.

Wróciliśmy do hotelu busem 20.20 i tu czekała nas niespodzianka. W kompleksie turystycznym, w domu obok pojawili się ludzie. Nie będziemy już sami.

A jeszcze jedno ,Daniel powiedział, że domek w którym mieszkamy to miejsce gdzie mieszka właścicielka Resortu jak przyjeżdża wypoczywać.

 

Dodaj komentarz