Dzień dwunasty

Nasze oczekiwania wobec porannego posiłku były mniejsze niż okazało się w rzeczywistości. Szynka, parówki, jajka, owoce, tosty, to nie szczyt kulinarnej finezji, ale nawet tego nie spodziewaliśmy się.

Noc upłynęła spokojnie, pomimo że Róża z Tamarą od niechcenia, co jakiś czas, głośno zastanawiały się nad powodami dla których nie ma w tym gigantycznym kompleksie hotelowym, ŻADNYCH osób poza nami, skoro jest szczyt sezonu i wszystkie miejsca w okolicy są zajęte.

Przedpołudnie, to sumienne uzupełnianie lekcji przez dzieci, oraz moje lenistwo przeplatane męczeniem Zosi.

Ponieważ wczoraj wróciliśmy taksówką na nasz koszt zmusiliśmy recepcjonistę (Ignacy – nie krzycz dzisiaj tato na tego Pana), żeby zawiózł nas na plażę poza rozkładem jazdy. Po dotarciu na miejsce, nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji na obiad. Nasz wybór padł na restaurację hinduską. Dzieci znając tę kuchnię, czuły się jak ryba w wodzie, zamawiali jak natchnieni. Jedzenie można ocenić jako niezłe, ale do Baru Nikola to się nie umywa.

Po posiłku zameldowaliśmy się na plaży, tam dzieci się wściekały, ganiały, graliśmy w piłkę, oglądaliśmy zachód słońca, kąpaliśmy się w morzu, czyli żadnych sensacji, rodzinny pobyt nad ciepłym morzem, na pięknej piaszczystej plaży. Świetny czas.

Po plaży Tamarkę, Różę i Zosię zapakowaliśmy (tym razem był) do hotelowego busa i z Ignacym oddaliśmy się w ręce ponętnych kobiet, Ignaś zażyczył sobie oil masaż, a ja zostałem zakwalifikowany przez Panią masażystkę po popołudniowym pobycie na słońcu na aloe vera thai masaż. Oddałem się jej bez protestu.

Po masażu trafiliśmy do kowbojskiego baru, Ignacy wypił jak na kowboja przystało sok jabłkowy, ja Singę i ruszyliśmy do hotelowego busa.

Wieczór spokojny, bez wybuchów, spędziliśmy w spokoju. Jutro też zapowiada się spokojny dzień. Czy tak ma być już do końca?

Dodaj komentarz