Dzień dziesiąty

Dziesiąty dzień, hmm szybko zleciało.

Śniadanie zjedzone w spokoju. Po śniadaniu dzieci zabrały się za nadrabianie lekcji, oba miejsca służą pracy w skupieniu. Róża walczy z matematyką nad samym morzem, Ignacy w altanie z widokiem na palmy, hamaki i morze.

Po lekcjach nastał czas na basen, ta rozrywka nigdy się nie nudzi. W basenie dzieci bawiły się wyjątkowo długo, dzięki czemu była chwila na poczytanie.

Po basenie ruszyliśmy piechotą do najbliższej wioski, coś przetrącić. Zjedliśmy w maleńkiej rodzinnej restauracyjce, której standard trudno nazwać choćby skromnym. Dzieci bez opamiętania jadły satay z kurczakiem z ostrym orzechowym sosem. Domawialiśmy je kilkakrotnie, sądzę że zjedliśmy ich ze 30. Do tego była zupa i pad thai. Po posiłku kilka kroków dalej była kawiarenka w której w drodze wyjątku zamówiliśmy meksykańskie nachos z salsą i kawę.

Wracając do hotelu kolejny raz zajrzeliśmy do altany w której człowiek sprzedawał hamaki. Zachwycaliśmy się nimi, siadaliśmy na nich i apetyt na taki hamak nam mocno wzrósł, coś myślę, że go niebawem nabędziemy.

Po powrocie do hotelu, mycie, Winnetou, pogaduchy przy burbonie.

Jutro po raz drugi opuszczamy hotel Bailan Beach Resort.

Dodaj komentarz