Dzień dziewiąty

Nikt nie liczy na nic sensacyjnego dzisiaj. Ma być relaks.

Śniadanie bez historii, dzieci nie raniły się ni słowem, ni czynem.

Po śniadaniu basen, potem basen, na koniec basen.

Po basenie wszyscy wybraliśmy się na przechadzkę do siedliska okolicznych sklepików i restauracji. Po posiłku w towarzystwie Róży i Ignacego zamierzamy wyruszyć na zakupy do Bang Bao, czyli rybackiej wioski na południu. Posiłek zjedliśmy w bardzo skromnej restauracji przy drodze. Zachęciła nas przyjazna atmosfera w połączeniu ze sporą liczbą klientów. Jak się okazało wybór był trafny. Propozycji z menu było więcej niż w większości miejsc dotychczas. Skorzystaliśmy z propozycji mniej standardowych, Tamarka zjadła klarowną zupę z dużą ilością warzyw i owoców morza (dzieci bezlitośnie pożarły matce całą ośmiornicę), a ja makaron z tofu.

Po posiłku, zgodnie z planem urwaliśmy się na zakupy. Najpierw przeszliśmy całą wioskę, żeby sprawdzić jakie atrakcje są tu oferowane (sprawdziliśmy jakość sprzedawanych hamaków), aby później złapać pickupa. Pickup ponownie przywiózł nas do Bang Bao, ale dzisiaj było tam wyjątkowo spokojnie, więc leniwie snując się pomiędzy straganami wypatrywaliśmy na nich atrakcji. Ignaś zwariował na punkcie rzeczy wojskowych i policyjnych, więc na pierwszy, nomem omen, ogień poszedł drewniany pistolet strzelający gumkami, a następnie US Army czapka z daszkiem. Róża zdecydowała się na ładny, zdobiony materiałem zeszyt dla siebie i dla koleżanki Kasi, drugiej koleżance jako pamiątkę kupiła kolczyki. Dla Zosi kupiliśmy burgundową, wzorzystą sukienkę, dla Tamarki zwiewną białą koszulę. Posiedzieliśmy trochę przy piwku i coli w kawiarni z widokiem na zatokę, a następnie udaliśmy się w pełnej beztrosce na spacer do latarni morskiej, popatrzyliśmy jak kobieta fachowo łowi ryby, pooglądaliśmy statki wycieczkowe, kutry rybackie, nacieszyliśmy oko zachodzącym słońcem. Nastał czas powrotu, kupiliśmy owoce, próbując uprzednio każdego i zamiast wsiadać do taksówki, znowu dzieci dopadły Pana od roti i zamówiły jednego z bananami, drugiego z mango. Umazali się po pachy, ale paszcze uradowane, więc musiało smakować (spróbowałem i wszystko jasne). Kupiliśmy wodę, dzieci się umyły, napiły i poszliśmy czekać na taxi na „specjalnym” przystanku. Po 10 minutach znudziło nam się i poszliśmy do głównej drogi łapać stopa. W ciemnościach sprawnie przemykaliśmy się pomiędzy skuterami i autami i po chwili dotarliśmy do głównej drogi wyspy. Długo nie czekając złapaliśmy taksówkę z Niemką, która błyskotliwie spytała, czy jesteśmy w Warschau (miałem koszulkę z napisem Legia Warszawa). Po chwili byliśmy na miejscu. W hotelu Tamarka z padającą już na twarz Zosią jadła sobie Tom Yam, posiedzieliśmy chwilę ciesząc się zakupami.

Po wieczornych działaniach higienicznych Tamarka czytała Winnetou, wszyscy byli zasłuchani, Ignacy przysypiając w nowej czapce trzymał w ręku nowy pistolet.

 

Dodaj komentarz