Dzień ósmy

Ostatni dzień z łóżka obserwujemy spokojną zatokę/marinę/restaurację/hotel. Leniwie zbieramy się do opuszczenia wyjątkowego miejsca. Miejsca któremu daleko do znakomitych resortów (nic nie ujmując proponowanym pokojom), miejsca w którym czas płynął powoli nie zmuszając do koniecznych aktywności. Chcemy tu wrócić, tak jak chcemy wrócić na Tioman Island, Railey, etc..  To jest miejsce, gdzie czuliśmy się dobrze.

Śniadanie, planowanie powrotu (opcja łódź odpadła ze względu na dużą ilość bagażu i ludzi, przy sporym wietrze), pakowanie. Boss doradził, żeby wziąć pickupa, który trzy razy dziennie pełni rolę komunikacji miejskiej i nim dostać się ponownie na drugą stronę wyspy za sensowne pieniądze.

O 12.00 zapakowaliśmy się na pickupa i ruszyliśmy w drogę powrotną. W dobrych humorach po ok. 60 minutach dotarliśmy ponownie do Bailan Beach Resort. Spędzimy tu kolejne 3 dni. Dzieci nie czekając długo przebrały się w stroje kąpielowe i pobiegły na basen.

Po basenie wyruszyliśmy w innym kierunku niż dotychczas, czyli zamiast jechać na Lonely Beach, bądź White Sand Beach, udaliśmy się na spacer w kierunku południowym. Jak się okazało, niedaleko jest „miasteczko” z restauracjami, sklepikami, masażami, czyli jest potencjał na jutrzejszy spacer. Tam też złapaliśmy pickupa do portu południowego, gdzie ponoć są znakomite restauracje, w otoczeniu klimatycznej wioski rybackiej.

Rady z przewodnika musiały być nieco nieaktualne, ponieważ miejsce jest rzeczywiście pełne restauracji, ale otoczonych masą straganów z tandetą obecną na wszystkich bazarach świata.

Jedliśmy w miejscu, które wybraliśmy ze względu na klimat, nie było to jednak nic wyjątkowego. Jedzenie bez historii, no może z wyjątkiem podanych małży, czyli muszelek wypełnionych małżami w towarzystwie warzyw, chilli, sosu. Ładnie podane i smaczne.

Kolacja bez względu na obfitość nie zniechęciła dzieci do zjedzenia roti. Róża standardowo zamówiła z bananem, Ignaś z mango. Ponieważ byliśmy tuż obok miejsca skąd ruszały taksówki, stwierdziliśmy, że odjeżdżamy pomimo że dzieci jedzą swoje roti. Miejsca na pickupie było niewiele, w zasadzie można powiedzieć, że towarzystwo wewnątrz rozsunęło się niechętnie, a ja z Zosią na kolanach siedziałem obok kierowcy (gdzie przepisy, gdzie fotelik?). Dojechaliśmy po kilku minutach, drzwi od kabiny otworzył Ignacy mówiąc „świetne te roti, naprawdę świetne”. Miał twarz umazaną w czekoladzie którą placek był polany. Na każdym wyboju, kiedy próbował jeść uderzał twarzą w placek i podobnie było z Różą.  Ale podobno było smaczne (choć przy Lonelu Beach były lepsze).

Wróciliśmy o 19.15, a dzieci niewiele myśląc, pomimo ciemności, poprzebierały się w „kostiumy” i ruszyły do basenu.

Kończy się dzień. Brak planu na jutro. Nie muszę od rana patrzeć na zegarek 🙂

PS. W poprzednim hotelu zostawiłem wszystkie koszule.

 

 

 

Dodaj komentarz