Dzień piętnasty

Definitywnie śniadania wszystkim zbrzydły i nie poszedł na nie nikt.

To ostatni dzień na Koh Chang, więc wyruszyliśmy busem 10.00. Czekają nas zakupy  (głównie prezenty), plażing, masaże, jakieś posiłki, przemyślenia, kąpanie się w morzu, czytanie, więc czasu na to potrzebujemy sporo, planujemy wrócić 20.20.

Znowu zajęliśmy nasze urocze miejsce pod drzewem (ja trochę pomiędzy liśćmi, żeby mnie trochę słońce musnęło), żeby rozpocząć aktywnie dzień. Wobec takiego założenia ja sięgnąłem po książkę, Tamarka po olejki z protektorem 50 (ja sięgam najwyżej po 30). Trochę czytania, trochę wsłuchiwaliśmy się we wrzask Zosi, co jakiś czas kąsanej przez wielkie czerwone mrówki, oraz Ignacego/Różę któremu/której zadawał ból Róża/Ignacy. Po tak miło rozpoczętym przedpołudniu, nie chcąc odbierać dzieciom szansy na udaną zabawę,  chyłkiem udałem się na śniadanie. Zamówiłem wspaniałą latte na podwójnym espresso i dawno nie widzianą bagietkę z tuńczykiem. Wyobraźnia pracowała intensywnie i czułem już smak kawy, oraz dźwięk łamanej, kruchej bagietki. Dźwięk który dotarł do mnie, sprowadzając mnie na ziemię to był głos Zosi, która spytała – co jesz tatusiu? Otworzyłem oczy i zobaczyłem trójkę gotowych na wyżerkę dzieci. Czar spokojnego, przedpołudniowego brunchu przy relaksującej muzyce prysł szybciej niż mydlana bańka. Kobieta postawiła gorącą kanapkę na talerzyku przede mną. Sięgnąłem po nią, ale na talerzyku były już tylko okruchy.

Wróciłem pod drzewo, po tym jak udało mi się po czternastym zamówieniu dla dzieci zjeść coś z resztek na ich talerzach. Sięgnąłem po książkę i w tym samym czasie usłyszałem pytanie – tatusiu chodź się kąpać. Tego było za wiele. Wygoniłem Różę z Tamarą na zakupy, mając nadzieję że z resztą towarzystwa sobie łatwiej poradzę. Zwycięstwo było połowiczne, poczytałem niewiele, ale czasem miałem dłuższą chwilę, kiedy Zosia z wrzaskiem uciekała do morza przed przemierzającą plażowe piachy mrówką.

Potem dziewczyny wróciły z zakupów, a po prezentacji ich zakupów Róża zaciągnęła mnie do morza, na wygłupy, piłkę, nagrania GoPro. Ostatni dzień na wyspie, więc nie opierałem się zbytnio.

Słońce zeszło już dość nisko. To był piękny widok kiedy ok. 17.00 postanowiliśmy pójść z Ignacym na masaż. Z Ignacym postanowiliśmy, co oznaczało, że idziemy również z Zosią. Masaż znakomity, chyba najlepszy podczas tego wyjazdu. Dzieci po 10 minutach usnęły marnując niezwykłe doznania i moje 400 Bhatów na ich masaż (45 pln).

Po masażu poszliśmy na kolację w to samo miejsce co wczoraj. To był dobry wybór, posiłek był jeszcze lepszy. Red snaper, morning glory, zestaw dwóch rodzajów małż, krewetki, wszystko z grilla, oraz gotowane małże dla Róży. Zastosowaliśmy taktykę spalonej ziemi. Nie zostawiliśmy nic. Talerze na których została choćby kropla sosu bądź oliwy zostały oczyszczone do sucha ryżem, który trafiał natychmiast do naszych ust. Kapela która grała „do kotleta” została sowicie nagrodzona tipami przez dzieci.

20.30 przyjechał bus, zapakowaliśmy się żwawo i ruszyliśmy do hotelu. Jutro wyprowadzka, taxi przyjeżdża pod hotel 9.00 i czeka nas długa podróż do Bangkoku.

Dodaj komentarz