Dzień szesnasty

Śniadania nie jemy, za duże ryzyko jeść to śniadanie przed podróżą.

Kierowca spóźnił się, po czym długo nie ruszał i konwersował przez telefon. Jak się domyśliliśmy, coś nie zostało dogadane. Efekt taki, że spóźniliśmy się na prom i straciliśmy godzinę czekając na następny. W przerwie odwiedziliśmy toaletę (katastrofa), kawka, bułeczki.

Prom nabity, ale podróż upłynęła miło. Rzeczy zostały w aucie, komfort z tym związany nie do przecenienia.

Droga do Bangkoku w zasadzie bez historii. Zdecydowaliśmy się na jeden postój. Okazał się o tyle szczęśliwy, bo Zosia skorzystała z niego i pozbyła się treści żołądka chwilę po opuszczeniu auta. Wypiliśmy kawę, kupiliśmy paczki z suszonymi owocami do Polski i do wozu.

Dobrze że kupiłem kartę do telefonu, ponieważ dzięki niej śledziłem trasę, którą poruszał się kierowca. Wszystko było dobrze w drodze do Bangkoku, w samym mieście człowiek wybrał chyba inny hotel i gdyby nie moja interwencja jeździlibyśmy godzinami po centrum Bangkoku. Straciliśmy co najmniej godzinę, żeby znaleźć właściwy hotel.

Hotel w znakomitej lokalizacji, skromny, ale z basenem w którym zakochały się dzieci i spędziły tam cały ostatni wieczór w Tajlandii.

 

Dodaj komentarz