Wszystkie wpisy, których autorem jest sobsiaki

Dzień siódmy

Dzień miał byś spokojny i takim się okazał.

Leniwy początek, niechętnie zjedzone niecałe śniadanie, czyli jaki ranek taki dzień. Dzieci nadrabiały szkolne zaległości w przerwach zadając sobie umiarkowany ból, ja leżąc na bambusowym hamaku zająłem się układaniem zrobionych zdjęć. Trochę czytaliśmy z Ignacym Conan-Doyla, następnie znowu wrócił do lekcji, generalnie błogostan, nieróbstwo, kontemplacja.

Tak dotrwaliśmy do kolacji, po której dzieci dołączyły do lokalnych młodych widzów kreskówek na dobranoc. Po myciu Tamarka poczytała im Winetou i dzień dobiegł końca.

Jutro opuszczamy to miejsce, ale mamy nadzieję, że nie na zawsze.

Dzień szósty

Szykuje się ekscytujący dzień, ale po kolei.

Powoli budzimy się do życia, odsłaniamy zasłony i z łóżka obserwujemy poranek w zatoce. W restauracji naprzeciwko zaczynają podawać śniadanie, niebo jeszcze trochę smutne, zasnute chmurami, woda spokojnie obmywa burtę zacumowanej motorówki. Zwlekamy się z łóżek, głośno rozważając jak będzie wyglądało śniadanie. Nikt nie liczy na wiele, restauracja jeśli chodzi o standard nie zachwyca, jeśli wzięlibyśmy pod uwagę jakość potraw tajskich, to raczej 5+ (przynajmniej za dzień wczorajszy).

Europejskie śniadanie nie odbiega od tutejszych standardów i nazywa się Set 1. Set 2 to zestaw tajski, którego nikt nie bierze pod uwagę. Nikt póki co nie zhańbił się jedzeniem na obiad, bądź kolację daniem europejskim, ale śniadanie tajskie uznaliśmy za przesadę. Tak więc, dwie maleńkie parówki, dwa normalne sadzone, surówka ze świeżej kapusty pekińskiej (?) i tosty, plus ewentualnie dżem. Jemy szybko, z głodu i z powodu terminu rozpoczęcia dzisiejszej aktywności, na którą przyjdzie czas o 10.00.

Dziesięcioosobowa motorówka zaczepiana przez leniwe fale zatoki, to jest nasz dzisiejszy środek transportu. Postanowiliśmy wynająć tę dwustukonną łódź na nasz wyłączny użytek. Przed nami kilka ciekawych miejsc i cały dzień włóczęgi po okolicznych wyspach, zatokach i plażach. Przynajmniej taką mamy nadzieję.

Dzieci czynnie brały udział w zaprowiantowaniu nas i dostarczeniu wszystkiego na łódź. Na łódź trafił spory zapas wody, trochę owoców, sprzęt do pływania (maski, płetwy, kamizelki). Więcej nie potrzebujemy, ponieważ przewidziany jest postój na wyspie, gdzie funkcjonuje restauracja.

Ruszyliśmy z kopyta, silnik darł się wniebogłosy, a za sobą zostawiliśmy zatokę, spory kilwater i smugę spalin.

Pierwszy postój nastąpił po ok. 30 minutach. Była to niewielka wyspa z piękną plażą, zielonkawoniebieskim morzem. Snoorkling z Różą i Ignacym, rafa taka sobie, obumarła, mało kolorowa, trochę rybek, ale kolor morza obłędny, pustka wokół (do czasu) kojąca.

Potem pojawiła się stonka, przypłynął statek z pasażerami, sztuk ok. 50 i przestało być tak intymnie, ale nadal było przyjemnie. Ponownie zrobiło się przyjemnie jak odpłynęli.

Pływanie z dziećmi i oglądanie wspólne rybek, bezcenne.

Po ok. półtorej godzinie wróciliśmy na łódź i żwawo ruszyliśmy na drugą plażę. Tu już plaża nie była tak maleńka jak ta poprzednia, ale była bardzo klimatyczna. Rząd wysokich palm i dość szeroka plaża w połączeniu z kolorem morza robiła fajne wrażenie. Na skraju dżungli, tuż obok plaży były gdzieniegdzie porozrzucane proste, zbite z desek maleńkie bungalowy zamieszkiwane, na oko, przez turystyczną brać, która wyżej sobie ceni spokój, niż wysoką standard swego lokum. W centralnej części plaży królowała klimatyczna, restauracja, pełna książek, prymitywnych stołów z ławami, psów i ludzi z dobrą aurą. Widok z restauracji zniechęcał do jakiejkolwiek aktywności, poza wpatrywaniem się w dal. Momentami sielankę przerywały jedynie odgłosy bójki naszych dzieci.

Na plaży leniwie spędziliśmy pewnie ze trzy godziny, robiliśmy zdjęcia, leżeliśmy w wodzie, kręciliśmy filmy, skakaliśmy z drewnianej konstrukcji do wody i karmiliśmy ryby, wiedząc że nie powinno się tego robić. Nikt nie jest idealny, a widząc żywiołowe reakcje dzieci, twarde zasady naginają się w zasadzie same.

Gdy Róża stwierdziła, że nasi skiperzy to chyba muszą być źli, bo cały dzień na nas czekają i się nudzą, stwierdziliśmy że nastał czas, żeby zapewnić im zajęcie. Powłócząc nogami udaliśmy się w krótką drogę do łodzi. Człowiek odpaliwszy maszynę, dowiedział się ode mnie, że miałbym ochotę na tzw. środku morza wyskoczyć sobie trochę popływać. Moje życzenie okazało się być dla niego rozkazem. Skakaliśmy z Róźką z łodzi na łeb i na szyję dwukrotnie, nieomal gubiąc maskę, którą rzucił nam Ignacy (skiper musiał skakać do wody, żeby ją ratować).

Kiedy dostaliśmy się z powrotem na pokład i wydawało się nam, że czas do domu, pojawiła się znienacka opcja dotarcia na jeszcze jedną plażę, na którą skwapliwie przystaliśmy.

Do plaży wiodło długie, ledwo trzymające się kupy molo po którym przeszliśmy szybkim krokiem, nie chcąc ryzykować zbyt długiego przebywania na niepewnej konstrukcji. Dotarłszy do plaży okazało się, że jest ona największa z plaż widzianych w dniu dzisiejszym i nie ma na niej ani jednego turysty. Nieliczni robotnicy kręcili się (trudno to nazwać pracą) na terenie porzuconych ruin starych ośrodków wypoczynkowych, bo raczej nie hoteli. Zatrzymaliśmy się przed wejściem porzuconego przez Boga i ludzi dawnego hotelu, teraz budowlanego wraku i obserwowaliśmy z uwagą morską toń, podczas kiedy dzieci obrzucały się mokrym piachem, ganiały się wymachując pięściami i obrażając się szpetnie.

Ciekawą rzecz zaobserwowaliśmy przy okazji spoglądania w dal, otóż jeden z robotników spędzających czas na terenie ruiny będącej kiedyś hotelem, wszedł po palmie, tak jak zwykła to robić małpa i obserwował coś z uwagą nie mniejszą niż my robotnika. Wypatrywał czegoś o czym my nie mieliśmy pojęcia. Po chwili zszedł z palmy i zastąpił go jego kolega, który równie sprawnie zajął miejsce na szczycie palmy i niczym marynarz z bocianiego gniazda jął obserwować morze. Wtem jego dwóch kompanów, ten z drzewa i kolejny, znacznie starszy, zaczęli rozwijać sieć rybacką od plaży w głąb morza, potem skierowali się  równolegle do plaży rozwijając ją nadal, żeby nadal ją rozwijając zawrócić w kierunku plaży, tworząc pętlę w kształcie litery C. Następnie wzięli wysuszone palmowe gałęzie i zaczęli walić w lustro wody idąc od plaży w kierunku granicy sieci równoległej z plażą. Tak wyglądała nagonka na ryby, które nie mając możliwości dalszej ucieczki wpadały w zastawione sieci. Jednej udało się uciec, wyskoczyła z rąk człowieka i pokonała barierę rybackiej sieci. O nomen dulce libertatis. Robotnicy wyciągali po kolei ryby z sieci i wyrzucali je na brzeg, żeby czekały na swój czas, kiedy trafią na ruszt.

Wróciliśmy na łódź i za sterami usiadł całkiem nowy skiper. Był to skiper z fantazją, niezwykłymi umiejętnościami, który z wdziękiem i uczuciem prowadził wspaniałą łódź, która pod jego ręką niemal muskała fale, jednocześnie nie chcąc zbyt szybko dobić do przystani. Tym, można to powiedzieć bez obaw, kapitanem była sam słynny Kapitan Adam.

Po powrocie dzieci powróciły do ulubionego zajęcia w postaci zadawania sobie bólu na wszelkie możliwe sposoby i pod byle pretekstem, a ja w spokoju w słuchawkach popracowałem przy pomocy skypa, zerkając tylko czasem to na grymas bólu na jednej twarzy dziecka, bądź na grymas nienawiści na drugiej. I tak miło w sielskiej atmosferze upłynął nam czas do zasłużonej wieczerzy.

Na kolację Róźka wzięła curry, Ignaś krewetki, my z małżonką zamówiliśmy grupera (płetwy lizać), a Zośka nic (miała dostać resztki po reszcie, dziś na nią wypadło). Zacną strawę popiliśmy z małżonką białym, francuskim winem. I tak zasadniczo zakończył się dzień na morzu. Jutro spodziewamy się dnia nieco leniwego, choć kto wie, jakie wyroki boskie nam przyniesie.

 

 

Dzień piąty.

Musimy się wynosić, a dyscypliny brak. Róża zamiast się pakować bawi się z kotem „Podróżnikiem” (podróżnik, bo nie przypomina lokalnych kotów).

Śniadanie sprawnie i obficie.

Złapaliśmy z Różą i Ignacym stopa (pickup taxi jak zwykle) i jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że musimy całą wyspę objechać dookoła. Nie ma drogi południowej, ani wschód – zachód. Przed nami niemal dwie godziny jazdy.

Po drodze dosiedli się Niemka z 9 miesięcznym dzieckiem i Angol, wbrew pozorom mili ;-). Zatrzymali się przy słoniach, hmm na słonie się nie wybierzemy, słabo to wygląda.

Dotarliśmy na miejsce i trochę konsternacja… . Miejsce wygląda jak stary port, dookoła dżungla, raczej słabo się prezentuje nasza rezerwacja hotelu. Pomiędzy nieczynną recepcją, a (chyba) sortownią ryb przeszliśmy uliczką szukając naszego hotelu. Róży mina wskazywała, że to nie jest miejsce dla księżniczek, ja utwierdzałem się w przekonaniu, że trochę survivalu pokaże dzieciom, co to prawdziwe podróżowanie. Weszliśmy na pomost i okazało się, że wszystkie pokoje są umieszczone właśnie na pomoście. Są ładne, przestronne, czyste, niemal całkowicie przeszkolone ze wszystkich stron. Z dwóch dużych łóżek można obserwować pomosty, marinę, oraz okoliczne wyspy. Nocowanie tu będzie trochę dziwne, zdecydowanie inne niż zwykle, ale ekscytujące.

Róża była podekscytowana najbardziej. Szczególnie w chwili kiedy poszła do toalety „przypudrować nosek” i dołączył do niej gigantyczny pająk. Jej zachwyt (wycie) niósł się po okolicy dość długo i trwał do momentu, gdy kilkoma uderzeniami klapka nie zadbałem o jej stuprocentowe bezpieczeństwo. „Tato, czy to był ptasznik?”

Resort w którym się zatrzymaliśmy jest w zasadzie dodatkiem do znanej na wyspie restauracji. Jakość potraw jest owiana sławą, taksówkarz nie wierzył, że ktoś może tam zostać na dłużej, ale był przekonany, że można tam jechać dwie godziny na posiłek. Jedzenie jest bezsprzecznie znakomite, z ciekawostek, Róża zjadła na obiad kraba, którego chciała zjeść i wspominała o nim już w Polsce. Pani kraba uprzednio zaprezentowała żywego. W trakcie posiłku doszło do rozmyślań Róży i Ignacego, na temat decyzji o tym wyborze dania, która to spowodowała rozstanie się zwierzęcia z życiem.  Tajlandia jest dobrym miejscem do takich refleksji, w Polsce rzadko dochodzi do rozmów przy stole o składzie gulaszu.

Potem nastał czas na uzupełnianie braków w edukacji dzieci, ja dla równowagi udałem się uzupełnić płyny, tzn. poszedłem na piwo i skypa do restauracji. Restauracja znajduje się na równoległym pomoście, więc daleko się nie nachodziłem.

Kolacja to głównie duża podgrzewana micha zupy i jakieś „ryże” dzieci. Róża pojechała w krewetki curry, trochę ostrość zabijała ryżem. W międzyczasie sfinalizowałem z restauratorem/hotelarzem/managerem kwestię jutrzejszej atrakcji. Nie napiszę jakiej, będzie to fajna, całodniowa wyprawa, o której będzie można poczytać w rozdziale „Dzień szósty”.

Na koniec dnia piwko z Tamarką i rezerwacja pozostałych noclegów już do końca. Znów wrócimy do Bailan Beach Resort, czyli miejsca z którego tu przyjechaliśmy :-). Wybór niewielki, turystów sporo, obiektów (proporcjonalnie) niewiele. Wrócimy tam za trzy dni na trzy dni, ostatnie pięć dni to fajny hotel w dżungli, styl balijski, ale do tego jeszcze dużo czasu. Do jutra.

 

 

 

Dzień czwarty

Dzisiaj, dla urozmaicenia, wszyscy spali do 9.30. Zerwaliśmy się na śniadanie. Zaskakujące, że obyło się bez przemocy i obelg, wszyscy zgodnie zjedli śniadanie.

Po śniadaniu całe towarzystwo wsypało się do basenu, tam w relaksującej atmosferze Róża z Ignacym zadawali sobie ból, ja usiłowałem czytać książkę z przerwami opatrując rany. Dzieci znudzone bójkami stawiły się zgodnie w komplecie żądając pozwolenia pójścia na masaż. Z tymi masażami to chyba tu grubo popłynę.

Zosia miała masaż stóp (stópek), Róża masaż stóp, Ignacy jednoznacznie wybrał oil masaż. Po nich ja zdecydowałem się na scrub masaż, ale nigdy więcej na to się nie zdecyduję, ciągłe łaskotanie mi nie odpowiada.

Potem dzieci się okładały jeszcze chwilę w basenie i wyczerpane bólem i utratą sił w ciągłej walce zażyczyły sobie posiłek.

Posiłek przebiegł w przyjaznej atmosferze, pod rozłożystym drzewem osłaniającym nas od słońca tuż przy plaży. Po posiłku kawa i trochę hamakowania, Róża robiła matematykę, Ignacy jakieś zaległości z Tamarką.

Ogarnęliśmy się po basenie i wyruszyliśmy na najlepszą plażę na wyspie (White Sand Beach), oczywiście songatew złapanym przez Ignacego. Podróż trwała ponad pół godziny. Plaża w porządku, lepsza niż wczorajsza, ale nie jest to Bali, trochę taka jak na Tioman Island, ale ludzi więcej. Spędziliśmy tam miłe dwie godziny, zachód słońca, lenistwo, gonitwy dzieci, zabawy błotem.

Kolację zjedliśmy już przy ulicy w sporej restauracji tajskiej. We wszystkich było ludzi umiarkowanie dużo, bądź mało. W tej była rzeźnia i ludzi dosadzali do stolików zajętych. Oczywiście to miejsce było naszym wyborem. Róża zażyczyła sobie ananasa wypełnionego ryżem, ananasem, krewetkami, nerkowcami (wcześniej oczywiście banana roti z ulicy, wraz z Ignacym i Zosią), Ignacy wziął małże, Tamarka kurczaka w zielonym pieprzu (pieprz był na gałązkach), Zośka jakiś makaron, moje danie być może najlepsze jakie dotychczas jadłem podczas tego wyjazdu (krewetki z pieczoną pastą chilli). Tamarki i Ignacego również świetne, ale za to Róży najefektowniejsze. Po posiłku Ignacy z Różą po drugiej stronie ulicy wypatrzyli wyczekany passiflora shake, czyli napój z marakui, pycha.

Potem Róża poszła do fryzjera. Ot tak, stwierdziła że ma za długie włosy. Poszła, ale dobrze że poszła w towarzystwie Tamary, bo fryzjerka nie znała fachu, kilkakrotnie próbowała wyrównać włosy. Dobrze że włosy zostały na tyle długie, że można będzie gdzieś w lepszym miejscu coś z nich jeszcze zrobić.

Po „fryzjerze” ruszyliśmy znanym już środkiem lokomocji w drogę powrotną.

Kiedy miałem nadzieję, że dzieci pójdą spać, a ja w spokoju będę mógł sączyć Changa opisując dzisiejszy dzień, całe towarzystwo wtargnęło do baru i zapragnęło uczyć się gry w bilard. Partia początkujących mistrzów trwała ok. godziny, płótno zostawiliśmy całe, rany po walkach o białą bilę, która co jakiś czas wypadała z otworu stołu goją się w domowym (pokojowym) zaciszu, od jakiejś godziny.

Więcej sensacji nie było. Jutro kolejne atrakcje, nasz czas w tym hotelu dobiega końca w dobrym momencie, jutro pewnie byłoby już nudnawo, a tak jedziemy do nowego hotelu, w jeszcze bardziej ustronne i oddalone od cywilizacji miejsce na południu wyspy. Coś czuję, że po nim trzeba będzie chyba znaleźć hotel z irlandzkim pubem na dole i barem z „pielęgniarkami” (był taki nieopodal) po drugiej stronie ulicy.

 

 

Dzień trzeci

Nie wiedzieć czemu wszyscy zerwali się o 7.30. Chwilę później w komplecie zameldowaliśmy się na śniadaniu, chyba jako pierwsi. Jedząc śniadanie na brzegu morza, omiatani wspaniałą morską bryzą, porażeni wspaniałym widokiem roztaczającym się wokół nie uniknęliśmy żenującej awantury, która niemal zakończyła się przemocą domową.

Po śniadaniu w cudownych, jak się można domyślić, nastrojach udaliśmy się na basen, gdzie spędziliśmy czas do obiadu, nie licząc przerwy na godzinny masaż każdego z uczestników wyprawy.

Obiad tajski, bez specjalnej historii, potem kawa i… hamaking. Bujanko nad brzegiem najpierw złożyło do snu Zosię, potem w ślad za nią ruszyłem ja, nie bacząc, że dzieci znalazły sobie zabawę w tym, kto mocniej mnie rozhuśta.

Słodki bezwład trwał do 16.00, po czym ruszyliśmy „autostopem” do następnej z kolei plaży na północ. Dojście plażą jest niemożliwe ze względu na kamienisty brzeg. Ignacy złapał songtew i po 10 minutach dotarliśmy do skupiska restauracji i sklepów z rękodziełem wymieszanym z owocami pracy małych chińskich rączek. Tam wreszcie Róża znalazła banana pancake dokładnie takiego, o jakiego jej chodziło. Ściśle mówiąc ten pancake to roti, cieniutki placek, który po usmażeniu i złożeniu na cztery, przypomina nieco cienkie, francuskie ciastko z bananami.

Przeszliśmy od ulicy do plaży, która była „bez szału”, zastaliśmy jedynie obskurną knajpę na kamienistym brzegu. Żeby dojść do plaży piaszczystej należało wrócić do drogi, skierować się jeszcze dalej na północ i znowu odbić z drogi do plaży. Ćwiczenie to wykonaliśmy i dotarliśmy do plaży backpackersowej. Przeszliśmy ją całą, a na jej końcu postanowiliśmy zjeść kolację. Dwa white snappery, kalmar z warzywami z grilla na plaży, spełnił nasze oczekiwania. Tym razem, dzięki Bogu, nie zbliżyliśmy się nawet myślami do żadnej formy agresji, choćby słownej.

Wróciliśmy również songatew. Dzieci – wraki, poszły się myć, ja piszę, ale za długo to już nie dam rady.

 

 

 

Dzień drugi.

Jak wspominałem o 10.30 miała przyjechać taksówka, więc spaliśmy  z Róźką wspólnie do 8.13, aż zadzwonił budzik. Róźka powiedziała, że chrapałem, ale to nie prawda, bo bym przecież słyszał. Odwiedziny u sąsiadów (reszta wyprawy), pakowanie, 9.00 śniadanie. Taksówkarz już czekał!

Zapakowaliśmy się do taksówki i w drogę, drogę znacznie dłuższą niż się spodziewaliśmy. Ruszyliśmy o 10.30. W porcie byliśmy trochę po 16.00.

Prom ruszył 0 17.00, 45 minut fajnych widoków, wścieklizny dzieci i dotarliśmy do wyspy na której widać tylko tropikalny las.

Załadowaliśmy się do songatew (pickup) z koreańczykami i w drogę do hotelu. Niecała godzinka i dotarliśmy. Fajne, spokojne miejsce w porównaniu z tym co widzieliśmy po drodze. Kolacja (Róża drugi dzień nie ma szczęścia żeby zamówić odpowiedni banana pancake-brak bananów) pad thai, zupa, placki z mango. Daliśmy radę, jeszcze o czasie wskoczyć do basenu z Ignasiem i Różą (Zośka była dwa dni temu w gorączce, więc na razie musi odpuścić).

A teraz w towarzystwie Jima (Beama) czytam maile i piszę tu głupoty, które potem będę wielokrotnie poprawiał ;-).

Zdjęć na razie brak. Nic nie zrzucałem jeszcze.

Pierwszy dzień w Tajlandii

Na naszą wyprawę wyruszyliśmy we środę ok 13.00. Lot do Moskwy, w Moskwie dwie godziny, a potem już cała noc w samolocie do Bangkoku. Dzieci zachwycone, większość czasu spędziły na oglądaniu filmów. Spaliśmy bardzo krótko, więc po wylądowaniu podjęliśmy próby szybkiego opuszczenia lotniska, żeby trafić do hotelu. Opuszczenie lotniska przebiegło dosyć sprawnie, wykorzystywaliśmy stanowiska paszportowe uprzywilejowane z racji dużej liczby dzieci :-). Walizki odnalazły się szybko, więc po negocjacjach z taksówkarzem po pół godzinie byliśmy w hotelu (z taksówkarzem serwującym filmy dzieciom szybko doszliśmy do porozumienia w kwestii dojazdu w dniu następnym na wschód Tajlandii). W hotelu małe rozczarowanie, ponieważ pokoje miały być dla nas gotowe od 14.00, co oznaczało 3 godziny czekania. Nie chcąc spędzić 3 godzin w lobby udaliśmy się do pobliskiej galerii handlowej na śniadanie. Dzieci zjadły pad taj, zupy tajskie, smażony ryż, więc raczej zastosowały dietę lokalną.

Po otrzymaniu kluczy ogólna zwałka. Spaliśmy do 18.00.

O 19.00 wypad na miasto, restauracja tajska, dania tajskie, czyli fascynacja lokalnym jedzeniem. Potem kawiarnia z deserami lokalnymi – mus kokosowy, soki z owoców bliżej nieznanych.

Piwko na foodtrackowni podsumowało nasze wyjście na miasto. Róża niespełniona kulinarnie cały czas mówi o banana pancake.

Jutro taxi zabiera nas 0 10.30 na Koh Chang, a ściśle do portu z którego tam mamy nadzieję trafić.