Dzień jedenasty

Miało być miło i przyjemnie, a zaczęło się dość niepokojąco. Przed 7.00 obudziły mnie hałas, szum i harmider. Na zewnątrz szalała wichura, obsługa sprzątała połamane gałęzie, na razie nie sprzątała złamanej palmy. Morze obijało betonowe nabrzeże i wdzierało się coraz dalej na hotelowe trawniki. Od czasu do czasu dał się słyszeć łomot spadających kokosów na dachówki bungalowów. Wypływamy z wyspy za 5 dni, ciekawe czy do tego czasu się uspokoi, bo trudno sobie wyobrazić kursujący prom przy takiej pogodzie.

Dzieci dręczyły o hamak, więc cóż robić, ponieważ i mi się pomysł podobał, wybraliśmy się z Róźką dokonać zakupu. Wróciliśmy po chwili, bo altana jeszcze nie funkcjonuje, ale albo pójdziemy tam ponownie, niebawem, albo kupimy hamak gdzie indziej, bo decyzja o zakupie definitywnie zapadła.

Trochę czytania przed check outem, pakowanie i łapanie stopa/taxi do nowego miejsca naszego pobytu, hotel o kusząco brzmiącej nazwie Grand Orchid Resort & Spa. Korzystając że szliśmy na stopa na główną drogę, nie omieszkaliśmy z Różą i Ignacym zajrzeć do altany. Ku naszej radości człowiek już zwlókł się z wyra i przystąpił do wytężonej pracy, czyli siedzenia w altanie i kontemplowaniu, które urozmaicał tępym patrzeniem w przestrzeń przed siebie.  O negocjacjach nie było mowy, bo człowiek raczej nie mówił, stanowiło to dla niego zbyt duży wysiłek. Nadludzkim wysiłkiem otworzył skrzynkę, żebyśmy mogli wybrać kolor spadochronu z którego został wykonany hamak. Resztkami sił upchał 1200 bhatów w kieszeni i słaniając się na nogach miękkich jak z waty zasiadł na fotelu roboczym. Pożegnaliśmy się uprzejmie i udaliśmy się walczyć o pickupa.

Złapanie taksówki zabrało nam mniej czasu niż wydukanie przez sprzedawcę ceny za hamak. Zjechaliśmy pod hotel pickupem, zapakowaliśmy, jak zwykle bagaże na dach i ostatecznie, już raczej, pożegnaliśmy się z naszym hotelem. Po 30 minutowej jeździe nabitym ludźmi pickupem dotarliśmy do krainy wiecznej szczęśliwości, czyli luksusowego miejsca, raju dla ciała i ducha.

Hotel na pierwszy rzut oka wydał się interesujący, balijskie ornamenty, miły dźwięk płynącej wody (perforacja szlaucha, czy brak uszczelki w hydrancie?), sympatyczny młody recepcjonista. Na oko wszystko ok, nawet niewielka liczba osób kręcących się po terenie upatrywaliśmy jako pozytyw.

Recepcjonista żwawym krokiem zaprosił nas na teren hotelu i pewnym krokiem dobrego gospodarza prowadził w kierunku Family Bungalow. Dreszcz emocji towarzyszył mi całą drogę do pokoju. Niepewność z rozbuchanym, hedonistycznym oczekiwaniem na odrobinę luksusu w którym całkiem śmiało będę się pławił już niebawem nie pozwalała myśleć o niczym innym. Droga wiła się w nieskończoność, mijaliśmy kolejne domki, pokoje, bungalowy, gabinet masażu, salę karaoke, bilard, dwa baseny. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Bungalow, którego drzwi otwierał recepcjonista, sprawiał wrażenie domku baby Jagi. Był niski, wyglądał trochę jak komórka, a sąsiadujące dokładnie za ścianą wysypisko hotelowych odpadów odebrałoby temu budyneczkowi resztki uroku, gdyby go oczywiście miał. Dzieci były zachwycone. W środku wbrew wrażeniom z zewnątrz było sporo przestrzeni i trzy podwójne łóżka, dwie łazienki i toaleta. Tak szybko jak zaczynałem się pławić w tym luksusie i radować ogromnymi przestrzeniami, tak szybko skończyłem. Domek był nieco ponury, nieświeży, przybrudzony, pościel można byłoby znaleźć brudniejszą na jakiejś niedalekiej budowie, ale Róża uznała, jednak że powinna być prana skoro są na niej ślady po dwóch rozlanych kawach.

Wszyscy cieszyli się nowym lokum nie zważając nadmiernie na to, że będziemy mieszkali ze ślimakiem, że sufit w łazience nie jest do końca szczelny, bo papiery którymi był uszczelniony uległy już pewnej erozji i na inne drobne niedociągnięcia w zakresie sztuki budowlanej i elementarnej higieny. Ja chyłkiem wycofałem się zwymiotować z obrzydzenia za stojącym nieopodal barakiem, po czym udałem się na przechadzkę po uroczym terenie Resortu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spacerując pomiędzy zatęchłymi ruderami, walącymi się, butwiejącymi bungalowami Resortu natknąłem się na domek z innej bajki. Na górce zerkając na całą okolicę stał, kompletnie nie pasujący ani architekturą, ani urodą, niemal nowy dom/apartament. Wyglądał jak domek właściciela, który od czasu do czasu obserwuje z góry, jak goście jego pensjonatu wybiegają z wilgotnych pokoi, żeby nabrać powietrza i przewietrzyć płuca pełne grzybiczych wyziewów z od dawna nie czyszczonej klimatyzacji.

Udałem się do recepcji po człowieka i zaprowadziłem go do domku pytając, czy nie byłby uprzejmy go udostępnić mojej rodzinie. Mi osobiście nie zależy na nim, ale dzieci wolałyby spać pod szczelniejszym dachem. Człowiek po konsultacji stwierdził, że za 20 minut domek będzie gotowy… . Po 20 minutach przewiozłem walizki, zostawiwszy resztę grającą w jakieś gry i zachwycającą się głęboko ukrytymi urokami niedoszłego miejsca noclegowego. Kiedy wróciłem po towarzystwo, aby oceniło nowe miejsce, wszyscy z niechęcią poszli za mną, nie wierząc że może ich spotkać coś lepszego niż ta sporych rozmiarów komórka. 

Skromy domek okazał się solidnym apartamentem z salonem, dwiema sypialniami, kuchnią, dwiema łazienkami i dwoma tarasami. Dzieci piszczały otwierając kolejne drzwi, nie wierząc własnym oczom, że mogą mieć jeszcze więcej przestrzeni do bójek, wojen i ucieczek, Tamarka zaś już podchodząc do domku wiedziała, że może się spodziewać miejsca nie do końca zwykłego.

Kończąc temat hotelu, ciągle zastanawiamy się, dlaczego w tak ogromnym obiekcie z masą pokoi, domków, bungalowów, poza nami tutaj nie mieszka nikt… .

Hotel zapewnia shuttle bus, który w określonych godzinach kursuje do White Sand Beach i z powrotem. Ponieważ jesteśmy jedynymi gośćmi, kursuje jedynie dla nas. Skorzystaliśmy z pierwszego kursu o 14.00 i ruszyliśmy na plażę. Spędziliśmy spokojny, fajny czas do samego zachodu słońca, bawiąc się, czytając, relaksując się na niezbyt zatłoczonej plaży. Kiedy zbliżał się czas na bus, zrobiliśmy zakupy i stojąc pod 7/11 oczekiwaliśmy na hotelowy transport. Nie budując negatywnej atmosfery, zakończę tę kwestię tym, że nikt nie przyjechał, telefon do hotelu był wyłączony i wróciliśmy taksówką.

Nie mówiłem głośno. Nie denerwowałem się rozmawiając z nim. Spokojnie wyjaśniłem zaistniały kłopot. Recepcjonista wysłuchawszy mojej opowieści o mocno nieudanej przygodzie komunikacyjnej  złożył ręce jak do modlitwy, pochylał się i przepraszał wielokrotnie. I tylko Ignaś powiedział na koniec, tatusiu szkoda mi tego Pana.

W naszej rezydencji urządziliśmy sobie wieczór cholesterolowo – cukrzycowy , jedliśmy chipsy, herbatniki, mentosy i cały syf (ze spontanicznym umiarem ;-)) jaki dało się kupić w 7/11. Nie wiem z czego wynikało zachowanie dzieci, ale pomimo że syficznego jedzenia wbrew pozorom, nie było dużo, to ani wszystkiego nie zjedliśmy, ani nikt na nie nie rzucał się bez opamiętania, została zachowana godność i sporo rzeczy na drugi dzień zakitrane gdzieś w szafkach.

Jutro też nie zrobimy niczego spektakularnego, będziemy się lenić.

2 komentarze do “Dzień jedenasty”

Dodaj komentarz