Dzień piąty.

Musimy się wynosić, a dyscypliny brak. Róża zamiast się pakować bawi się z kotem „Podróżnikiem” (podróżnik, bo nie przypomina lokalnych kotów).

Śniadanie sprawnie i obficie.

Złapaliśmy z Różą i Ignacym stopa (pickup taxi jak zwykle) i jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że musimy całą wyspę objechać dookoła. Nie ma drogi południowej, ani wschód – zachód. Przed nami niemal dwie godziny jazdy.

Po drodze dosiedli się Niemka z 9 miesięcznym dzieckiem i Angol, wbrew pozorom mili ;-). Zatrzymali się przy słoniach, hmm na słonie się nie wybierzemy, słabo to wygląda.

Dotarliśmy na miejsce i trochę konsternacja… . Miejsce wygląda jak stary port, dookoła dżungla, raczej słabo się prezentuje nasza rezerwacja hotelu. Pomiędzy nieczynną recepcją, a (chyba) sortownią ryb przeszliśmy uliczką szukając naszego hotelu. Róży mina wskazywała, że to nie jest miejsce dla księżniczek, ja utwierdzałem się w przekonaniu, że trochę survivalu pokaże dzieciom, co to prawdziwe podróżowanie. Weszliśmy na pomost i okazało się, że wszystkie pokoje są umieszczone właśnie na pomoście. Są ładne, przestronne, czyste, niemal całkowicie przeszkolone ze wszystkich stron. Z dwóch dużych łóżek można obserwować pomosty, marinę, oraz okoliczne wyspy. Nocowanie tu będzie trochę dziwne, zdecydowanie inne niż zwykle, ale ekscytujące.

Róża była podekscytowana najbardziej. Szczególnie w chwili kiedy poszła do toalety „przypudrować nosek” i dołączył do niej gigantyczny pająk. Jej zachwyt (wycie) niósł się po okolicy dość długo i trwał do momentu, gdy kilkoma uderzeniami klapka nie zadbałem o jej stuprocentowe bezpieczeństwo. „Tato, czy to był ptasznik?”

Resort w którym się zatrzymaliśmy jest w zasadzie dodatkiem do znanej na wyspie restauracji. Jakość potraw jest owiana sławą, taksówkarz nie wierzył, że ktoś może tam zostać na dłużej, ale był przekonany, że można tam jechać dwie godziny na posiłek. Jedzenie jest bezsprzecznie znakomite, z ciekawostek, Róża zjadła na obiad kraba, którego chciała zjeść i wspominała o nim już w Polsce. Pani kraba uprzednio zaprezentowała żywego. W trakcie posiłku doszło do rozmyślań Róży i Ignacego, na temat decyzji o tym wyborze dania, która to spowodowała rozstanie się zwierzęcia z życiem.  Tajlandia jest dobrym miejscem do takich refleksji, w Polsce rzadko dochodzi do rozmów przy stole o składzie gulaszu.

Potem nastał czas na uzupełnianie braków w edukacji dzieci, ja dla równowagi udałem się uzupełnić płyny, tzn. poszedłem na piwo i skypa do restauracji. Restauracja znajduje się na równoległym pomoście, więc daleko się nie nachodziłem.

Kolacja to głównie duża podgrzewana micha zupy i jakieś „ryże” dzieci. Róża pojechała w krewetki curry, trochę ostrość zabijała ryżem. W międzyczasie sfinalizowałem z restauratorem/hotelarzem/managerem kwestię jutrzejszej atrakcji. Nie napiszę jakiej, będzie to fajna, całodniowa wyprawa, o której będzie można poczytać w rozdziale „Dzień szósty”.

Na koniec dnia piwko z Tamarką i rezerwacja pozostałych noclegów już do końca. Znów wrócimy do Bailan Beach Resort, czyli miejsca z którego tu przyjechaliśmy :-). Wybór niewielki, turystów sporo, obiektów (proporcjonalnie) niewiele. Wrócimy tam za trzy dni na trzy dni, ostatnie pięć dni to fajny hotel w dżungli, styl balijski, ale do tego jeszcze dużo czasu. Do jutra.

 

 

 

Dodaj komentarz