Dzień szósty

Szykuje się ekscytujący dzień, ale po kolei.

Powoli budzimy się do życia, odsłaniamy zasłony i z łóżka obserwujemy poranek w zatoce. W restauracji naprzeciwko zaczynają podawać śniadanie, niebo jeszcze trochę smutne, zasnute chmurami, woda spokojnie obmywa burtę zacumowanej motorówki. Zwlekamy się z łóżek, głośno rozważając jak będzie wyglądało śniadanie. Nikt nie liczy na wiele, restauracja jeśli chodzi o standard nie zachwyca, jeśli wzięlibyśmy pod uwagę jakość potraw tajskich, to raczej 5+ (przynajmniej za dzień wczorajszy).

Europejskie śniadanie nie odbiega od tutejszych standardów i nazywa się Set 1. Set 2 to zestaw tajski, którego nikt nie bierze pod uwagę. Nikt póki co nie zhańbił się jedzeniem na obiad, bądź kolację daniem europejskim, ale śniadanie tajskie uznaliśmy za przesadę. Tak więc, dwie maleńkie parówki, dwa normalne sadzone, surówka ze świeżej kapusty pekińskiej (?) i tosty, plus ewentualnie dżem. Jemy szybko, z głodu i z powodu terminu rozpoczęcia dzisiejszej aktywności, na którą przyjdzie czas o 10.00.

Dziesięcioosobowa motorówka zaczepiana przez leniwe fale zatoki, to jest nasz dzisiejszy środek transportu. Postanowiliśmy wynająć tę dwustukonną łódź na nasz wyłączny użytek. Przed nami kilka ciekawych miejsc i cały dzień włóczęgi po okolicznych wyspach, zatokach i plażach. Przynajmniej taką mamy nadzieję.

Dzieci czynnie brały udział w zaprowiantowaniu nas i dostarczeniu wszystkiego na łódź. Na łódź trafił spory zapas wody, trochę owoców, sprzęt do pływania (maski, płetwy, kamizelki). Więcej nie potrzebujemy, ponieważ przewidziany jest postój na wyspie, gdzie funkcjonuje restauracja.

Ruszyliśmy z kopyta, silnik darł się wniebogłosy, a za sobą zostawiliśmy zatokę, spory kilwater i smugę spalin.

Pierwszy postój nastąpił po ok. 30 minutach. Była to niewielka wyspa z piękną plażą, zielonkawoniebieskim morzem. Snoorkling z Różą i Ignacym, rafa taka sobie, obumarła, mało kolorowa, trochę rybek, ale kolor morza obłędny, pustka wokół (do czasu) kojąca.

Potem pojawiła się stonka, przypłynął statek z pasażerami, sztuk ok. 50 i przestało być tak intymnie, ale nadal było przyjemnie. Ponownie zrobiło się przyjemnie jak odpłynęli.

Pływanie z dziećmi i oglądanie wspólne rybek, bezcenne.

Po ok. półtorej godzinie wróciliśmy na łódź i żwawo ruszyliśmy na drugą plażę. Tu już plaża nie była tak maleńka jak ta poprzednia, ale była bardzo klimatyczna. Rząd wysokich palm i dość szeroka plaża w połączeniu z kolorem morza robiła fajne wrażenie. Na skraju dżungli, tuż obok plaży były gdzieniegdzie porozrzucane proste, zbite z desek maleńkie bungalowy zamieszkiwane, na oko, przez turystyczną brać, która wyżej sobie ceni spokój, niż wysoką standard swego lokum. W centralnej części plaży królowała klimatyczna, restauracja, pełna książek, prymitywnych stołów z ławami, psów i ludzi z dobrą aurą. Widok z restauracji zniechęcał do jakiejkolwiek aktywności, poza wpatrywaniem się w dal. Momentami sielankę przerywały jedynie odgłosy bójki naszych dzieci.

Na plaży leniwie spędziliśmy pewnie ze trzy godziny, robiliśmy zdjęcia, leżeliśmy w wodzie, kręciliśmy filmy, skakaliśmy z drewnianej konstrukcji do wody i karmiliśmy ryby, wiedząc że nie powinno się tego robić. Nikt nie jest idealny, a widząc żywiołowe reakcje dzieci, twarde zasady naginają się w zasadzie same.

Gdy Róża stwierdziła, że nasi skiperzy to chyba muszą być źli, bo cały dzień na nas czekają i się nudzą, stwierdziliśmy że nastał czas, żeby zapewnić im zajęcie. Powłócząc nogami udaliśmy się w krótką drogę do łodzi. Człowiek odpaliwszy maszynę, dowiedział się ode mnie, że miałbym ochotę na tzw. środku morza wyskoczyć sobie trochę popływać. Moje życzenie okazało się być dla niego rozkazem. Skakaliśmy z Róźką z łodzi na łeb i na szyję dwukrotnie, nieomal gubiąc maskę, którą rzucił nam Ignacy (skiper musiał skakać do wody, żeby ją ratować).

Kiedy dostaliśmy się z powrotem na pokład i wydawało się nam, że czas do domu, pojawiła się znienacka opcja dotarcia na jeszcze jedną plażę, na którą skwapliwie przystaliśmy.

Do plaży wiodło długie, ledwo trzymające się kupy molo po którym przeszliśmy szybkim krokiem, nie chcąc ryzykować zbyt długiego przebywania na niepewnej konstrukcji. Dotarłszy do plaży okazało się, że jest ona największa z plaż widzianych w dniu dzisiejszym i nie ma na niej ani jednego turysty. Nieliczni robotnicy kręcili się (trudno to nazwać pracą) na terenie porzuconych ruin starych ośrodków wypoczynkowych, bo raczej nie hoteli. Zatrzymaliśmy się przed wejściem porzuconego przez Boga i ludzi dawnego hotelu, teraz budowlanego wraku i obserwowaliśmy z uwagą morską toń, podczas kiedy dzieci obrzucały się mokrym piachem, ganiały się wymachując pięściami i obrażając się szpetnie.

Ciekawą rzecz zaobserwowaliśmy przy okazji spoglądania w dal, otóż jeden z robotników spędzających czas na terenie ruiny będącej kiedyś hotelem, wszedł po palmie, tak jak zwykła to robić małpa i obserwował coś z uwagą nie mniejszą niż my robotnika. Wypatrywał czegoś o czym my nie mieliśmy pojęcia. Po chwili zszedł z palmy i zastąpił go jego kolega, który równie sprawnie zajął miejsce na szczycie palmy i niczym marynarz z bocianiego gniazda jął obserwować morze. Wtem jego dwóch kompanów, ten z drzewa i kolejny, znacznie starszy, zaczęli rozwijać sieć rybacką od plaży w głąb morza, potem skierowali się  równolegle do plaży rozwijając ją nadal, żeby nadal ją rozwijając zawrócić w kierunku plaży, tworząc pętlę w kształcie litery C. Następnie wzięli wysuszone palmowe gałęzie i zaczęli walić w lustro wody idąc od plaży w kierunku granicy sieci równoległej z plażą. Tak wyglądała nagonka na ryby, które nie mając możliwości dalszej ucieczki wpadały w zastawione sieci. Jednej udało się uciec, wyskoczyła z rąk człowieka i pokonała barierę rybackiej sieci. O nomen dulce libertatis. Robotnicy wyciągali po kolei ryby z sieci i wyrzucali je na brzeg, żeby czekały na swój czas, kiedy trafią na ruszt.

Wróciliśmy na łódź i za sterami usiadł całkiem nowy skiper. Był to skiper z fantazją, niezwykłymi umiejętnościami, który z wdziękiem i uczuciem prowadził wspaniałą łódź, która pod jego ręką niemal muskała fale, jednocześnie nie chcąc zbyt szybko dobić do przystani. Tym, można to powiedzieć bez obaw, kapitanem była sam słynny Kapitan Adam.

Po powrocie dzieci powróciły do ulubionego zajęcia w postaci zadawania sobie bólu na wszelkie możliwe sposoby i pod byle pretekstem, a ja w spokoju w słuchawkach popracowałem przy pomocy skypa, zerkając tylko czasem to na grymas bólu na jednej twarzy dziecka, bądź na grymas nienawiści na drugiej. I tak miło w sielskiej atmosferze upłynął nam czas do zasłużonej wieczerzy.

Na kolację Róźka wzięła curry, Ignaś krewetki, my z małżonką zamówiliśmy grupera (płetwy lizać), a Zośka nic (miała dostać resztki po reszcie, dziś na nią wypadło). Zacną strawę popiliśmy z małżonką białym, francuskim winem. I tak zasadniczo zakończył się dzień na morzu. Jutro spodziewamy się dnia nieco leniwego, choć kto wie, jakie wyroki boskie nam przyniesie.

 

 

2 komentarze do “Dzień szósty”

Dodaj komentarz