Obrazki

Dzień trzeci

Nie wiedzieć czemu wszyscy zerwali się o 7.30. Chwilę później w komplecie zameldowaliśmy się na śniadaniu, chyba jako pierwsi. Jedząc śniadanie na brzegu morza, omiatani wspaniałą morską bryzą, porażeni wspaniałym widokiem roztaczającym się wokół nie uniknęliśmy żenującej awantury, która niemal zakończyła się przemocą domową.

Po śniadaniu w cudownych, jak się można domyślić, nastrojach udaliśmy się na basen, gdzie spędziliśmy czas do obiadu, nie licząc przerwy na godzinny masaż każdego z uczestników wyprawy.

Obiad tajski, bez specjalnej historii, potem kawa i… hamaking. Bujanko nad brzegiem najpierw złożyło do snu Zosię, potem w ślad za nią ruszyłem ja, nie bacząc, że dzieci znalazły sobie zabawę w tym, kto mocniej mnie rozhuśta.

Słodki bezwład trwał do 16.00, po czym ruszyliśmy „autostopem” do następnej z kolei plaży na północ. Dojście plażą jest niemożliwe ze względu na kamienisty brzeg. Ignacy złapał songtew i po 10 minutach dotarliśmy do skupiska restauracji i sklepów z rękodziełem wymieszanym z owocami pracy małych chińskich rączek. Tam wreszcie Róża znalazła banana pancake dokładnie takiego, o jakiego jej chodziło. Ściśle mówiąc ten pancake to roti, cieniutki placek, który po usmażeniu i złożeniu na cztery, przypomina nieco cienkie, francuskie ciastko z bananami.

Przeszliśmy od ulicy do plaży, która była „bez szału”, zastaliśmy jedynie obskurną knajpę na kamienistym brzegu. Żeby dojść do plaży piaszczystej należało wrócić do drogi, skierować się jeszcze dalej na północ i znowu odbić z drogi do plaży. Ćwiczenie to wykonaliśmy i dotarliśmy do plaży backpackersowej. Przeszliśmy ją całą, a na jej końcu postanowiliśmy zjeść kolację. Dwa white snappery, kalmar z warzywami z grilla na plaży, spełnił nasze oczekiwania. Tym razem, dzięki Bogu, nie zbliżyliśmy się nawet myślami do żadnej formy agresji, choćby słownej.

Wróciliśmy również songatew. Dzieci – wraki, poszły się myć, ja piszę, ale za długo to już nie dam rady.